Forum www.ssaufseherin.fora.pl Strona Główna
 
 FAQFAQ   FAQSzukaj   FAQUżytkownicy   FAQGrupy  GalerieGalerie   FAQRejestracja   FAQProfil   FAQZaloguj 
FAQZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   
Zanim umrzesz... /9 historii o Irmie Grese/

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.ssaufseherin.fora.pl Strona Główna -> SS-Aufseherin 1938-1945
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią: 21 Maj 2010    Temat postu: Zanim umrzesz... /9 historii o Irmie Grese/

"Jeżeli ta wojna jest przegrana, to nie jest moim zmartwieniem, że giną w niej ludzie.
Nie uronię za nich jednej łzy, bo nie zasłużyli na nic lepszego."
Adolf Hitler


#1 RODZINA

Kiedy skończyli się kochać a ostatnie ciepło z ich ciał rozpłynęło się niczym parująca mgła, mężczyzna uniósł w górę swoje masywne ciało pokryte lepką warstwą potu. Zmęczenie dopiero teraz brało nad nim górę ale próbując przezwyciężyć narastający bezwład kończyn, usiadł na brzegu łóżka zatapiając twarz w szorstkich dłoniach. Ciągle jeszcze będąc w stanie półprzytomności, dźwignął się ponownie w górę, zmuszając je do przyjęcia pionowej postawy. Zachwiał się i zaklął pod nosem. Z trudem uchwycił poręcz krzesła, na której wisiały rzucone niedbale jego kalesony. Ziewnął przeciągle ale po chwili skrzywił się czując w ustach smak nie strawionej od wczoraj kolacji gęsto zakrapianej winem. Szamocząc się w nierównej walce ze swoim ciałem zaczął wkładać stopę w nogawkę kalesonów. Ponownie zaklął, gdy przeszywający ból w czaszce nasilił się, promieniując na szyję i kark.
Kobieta, która przed chwilą dawała mu swe ciało, odwróciła wzrok od unoszących się za oknem śniegowych płatków i skierowała twarz w stronę Alfreda. Nasunęła wyżej kołdrę zakrywając nagie ramiona. W pomieszczeniu panował chłód.<br>
- Zostań… - Bertha wyciągnęła w jego stronę dobrze zbudowane ramię. Rozczapierzyła pulchne palce chcąc jakby dotknąć w powietrzu czegoś niewidzialnego.<br>
Alfred spojrzał leniwie na żonę i wygiął się do tyłu.<br>
– Czego chcesz, kobieto? - Ból głowy wciąż rozsadzał mu czaszkę. Ręka Berthy opadła z rezygnacją na poduszkę. Kobieta jęknęła coś niezrozumiale. Uderzona podmuchem wiatru okiennica wydała podobny dźwięk.<br>
Alfred oparł się ponownie o krzesło i spojrzał na Berthę nieobecnym wzrokiem. Sprawiał wrażenie człowieka oszołomionego. Ziewnął ospale po czym głośno odchrząknął próbując zebrać myśli. <br>
- Nie pamiętam gdzie ją wczoraj zostawiłem, zdaje mi się, że jeszcze trochę zostało… - wciąż z tym samym otępieniem w oczach rozejrzał się dookoła i z wolna wykonał parę kroków ku przeciwległej ścianie. Pod jego stopami trzeszczała drewniana podłoga. Cmoknął parokrotnie ujrzawszy upragnioną rzecz. Stała dokładnie tam, gdzie ją wczoraj odstawił. Obracając w dłoniach szklaną butelkę zabarwioną na ciemno zielonkawy kolor, Alfred uśmiechnął się do siebie odsłaniając przyżółkłe zęby. Tak jak przypuszczał, na dnie dojrzał resztkę wczorajszego wina. Wystarczy na parę głębszych łyków. Uniósł butelkę do ust i przechylił pod ostrym kątem. Kilka pojedynczych kropel spłynęło mu po szyi w dół.<br>
Bertha wciąż leżała z przymkniętymi oczami, gdy poderwał ją odgłos tłuczonego szkła.<br>
- Obudzisz dzieci! – syknęła przez zaciśnięte zęby, posyłając mu pełne grozy spojrzenie.<br>
- Dzieci… - powtórzył za nią beznamiętnym głosem. Nie zważając na jej słowa, skierował się ku wyjściu. Zdecydowanym ruchem pchnął drzwi, które z trzaskiem rozwarły się na oścież.<br>
- Czy my już nic dla ciebie nie znaczymy? – ścigał go podniesiony głos żony. Alfred trzymając się kurczowo poręczy pokonywał właśnie kolejne stopnie schodów, co było dla niego jeszcze jedną przeszkodą w szybkim opuszczeniu domostwa.<br>
Bertha doskonale słyszała z jakim trudem stawia każdy krok. Jeszcze przez jakiś czas do jej uszu dochodził zachrypły głos mężczyzny, gdzieś z innej części domu. Wyobraziła sobie, jak niezdarnie naciąga na stopy gumowe buty z cholewami i uśmiechnęła się do siebie.<br>
Postękiwania oddalały się coraz bardziej.<br>
Potem nastała cisza.<br>
Odwróciła na powrót głowę do okna. Zaczęło już widnieć. Jeszcze długo leżała wpatrzona w wirujące po drugiej stronie szyby drobne płatki śniegu.<br><br>
Rodzina Grese'ów nie różniła się niczym wyjątkowym od innych niemieckich rodzin mieszkających w maleńkiej wiosce w Meklemburgii. W liczącej niewiele ponad stu siedemdziesięciu mieszkańców wsi czas płynął wolniej a ludzie zajęci byli swoimi codziennymi sprawami. Dla nich całym światem były dom i rodzina. Tego wymagało od nich państwo a oni nie próbowali nawet się temu sprzeciwiać. W otoczonym bagnistymi terenami Wrechen czas jakby stanął w miejscu, nie zważając na dalekie odgłosy wydarzeń politycznych.<br>
Tamtego dnia szare chmury zakryły całe niebo tak szczelnie, że słońce ledwie mogło przedrzeć się przez ich gęstą zasłonę. Mgła, która co dzień rano unosiła się nad taflą pobliskich jezior, potrafiła nieraz podejść pod same zabudowania, kierowana podmuchami wiatru. Otulała białą opończą niskie, ceglane domy z jasnymi okiennicami. Mleczne opary sunęły leniwie po zmarzniętej ziemi nadając pejzażowi magiczny wygląd. Ranek wstał posępny, drobny śnieg opadał z gracją, wykonując w powietrzu nieznany nikomu taniec.<br>
Bertha zarzuciła na plecy wysłużony kożuch i zawiązała pod brodą kwiecistą chustę. Trzeszczący pod jej stopami śnieg był jedynym dźwiękiem jaki słyszała. W takie mroźne dni wieś wydaje się całkowicie zamarła. Puste pola potęgują tęsknotę za utraconym życiem. Kobieta oparła dłonie na zimnej, kamiennej krawędzi studni i przechylając swe ciało w przód, spojrzała w czający się na jej dnie mrok.<br>
Wtedy usłyszała nawoływania dochodzące z wnętrza domu. <br><br>
Bertha Grese, trzydziestodwuletnia, dobrze zbudowana Niemka o rumianej twarzy i nienaturalnie niebieskich oczach przerwała mycie podłogi i przywołała do siebie trójkę z pięciorga swoich dzieci, które właśnie pomagały jej w gospodarstwie. Najmłodszy syn spał w swoim łóżeczku, zaś najstarsza córka była u sąsiadów i nic nie zapowiadało, żeby szybko wróciła.<br>
To był dobry moment. Już nic nie będzie takie jak dotychczas. Ale może będzie lepsze?<br>
Dwie dziewczynki i płowowłosy chłopiec stanęli naprzeciwko matki. Bertha przetarła dłonią spocone czoło i odstawiła na bok wiadro z wodą. Nieobecnym wzrokiem wodziła przez moment po twarzach dzieci. Szorstkim tonem w głosie poleciła biec im do pobliskiego pubu i sprowadzić do domu ojca.<br>
- Wszyscy? – dzieci spojrzały po sobie z niedowierzaniem.<br>
- Proszę, idźcie już… i się pośpieszcie. - Berta mokrą ręką wskazała na drzwi. – Pewnie znów wasz ojciec będzie narzekał na ból głowy… - dodała, gdy dzieci zniknęły jej z oczu.
Kobieta stanęła przy oknie i została tam, dopóki trzy oddalające się sylwetki nie przysłonił padający śnieg. Na białej drodze prowadzącej przez podwórze ku bramie wejściowej widać było niewyraźne ślady ich butów.<br>
Kiedy tylko Bertha upewniła się, że dzieci na dobre opuściły domostwo, nie zwlekając dłużej, udała się na górę do sypialni, zostawiając uprzednio lekko uchylone drzwi. Idąc przez pokój myślała o najmłodszym dziecku, które niczego nieświadome, spało za ścianą. Z nocnej szafki wyjęła małe zawiniątko. Ostrożnie rozwiązała węzeł po czym wzięła do ręki szklaną buteleczkę z przezroczystym płynem w środku. Sprawnym ruchem zdjęła nakrętkę i uniówszy flakonik do ust jednym haustem wypiła całą jego zawartość. Nie minęła chwila a Bertha osunęła się bezwładnie na łóżko. Jej przymknięte powieki zastygły w śmiertelnym bezruchu.<br><br>

W połowie drogi przystanął i sprawnym ruchem zarzucił na plecy blaszany baniak. Spod niedomkniętej pokrywy pociekła strużka mleka, oblewając rękaw jego wełnianej kurtki. Zaklął cicho i wolną ręką podciągnął w górę opadające spodnie. Z niesmakiem spojrzał na zabłocone gumiaki, które wydzielały odór krowiego łajna. Zresztą całe jego ubranie przesiąknięte było tym samym, dławiącym zapachem. Obejrzał się za siebie. Zza ośnieżonych drzew nie dojrzał już nawet ceglanej bramy prowadzącej do Gutshofu. Dzisiaj szybciej uporał się z robotą i mógł spokojnie udać się do domu na zasłużony odpoczynek. Kołysząc się lekko na boki ruszył dalej, pogwizdując pod nosem tylko jemu znaną melodię. Roztopiony śnieg kleił się do podeszw butów, drobne, wirujące w powietrzu płatki osiadały mu na ramionach i wielkim, sztywnym rondzie kapelusza.<br>
Niebo po zachodniej stronie przybrało barwę szarości. Wkrótce miał zapaść zmrok.
Myślami błądził gdzie indziej. Minąwszy stary tartak, skręcił w lewo, na drogę prowadzącą przez las. Pomiędzy oszronionymi pniami sosen błyskała gładka jak lustro zamarznięta tafla jeziora. W rytm jego kroków, mleko w baniaku wydawało ciche bulgotanie. Pomyślał o żonie, która zapewne teraz krząta się w kuchni i co chwila spogląda w okno, wypatrując męża wracającego z pracy. Czuł się wyśmienicie. Dziś odkrył w sobie nowe pokłady dawno już niezużytej energii. Mleko pod wpływem kolejnego wstrząsu ponownie zabulgotało, jakby wtórując jego myślom.<br>
I dzieci… Zawsze uczył je szacunku wobec rodziców. Za każde przewinienie karał surowo. Ilekroć jego ręka ze skórzanym pasem unosiła się i opadała, a z gardła karanego dziecka wydobywał się przepojony bólem pisk, wiedział, że dobrze wykonuje swoje ojcowskie powinności. Czasami ból może być najlepszym nauczycielem posłuszeństwa.<br><br>

Na podwórzu, otoczonym z trzech stron niewysokimi zabudowaniami ujadał ogromny wilczur, szamocząc się nerwowo na łańcuchu. Biegał dookoła, wspinał się na tylnych łapach, odskakiwał w bok i szczerzył zęby. Zawieszona na pobliskim drzewie dziecięca huśtawka chwiała się to w przód, to w tył, poruszana jakąś niewidzialną siłą. Pobliskie pola z wolna zasnuwała gęsta mgła. Mężczyzna opuścił rygiel w bramie i skierował się ku drzwiom wejściowym. Poczuł w sobie przenikliwe zimno, tym bardziej pocieszająca była myśl o gorącej strawie. Drzwi były uchylone, przez szparę wiatr nawiał do wewnątrz trochę śniegu.
Dom o tej porze tonął w mroku. W powietrzu czuć było wilgoć. Mężczyzna mruknął coś pod nosem i postawił baniak z mlekiem na podłogę. Ospałym krokiem ruszył w głąb wąskiego holu. Zaniepokojony brakiem obecności któregokolwiek z domowników, po kolei sprawdzał każde pomieszczenie. Tuż przy schodach zobaczył wiadro i leżącą obok niego zmiętą szmatę. Rozlana, jakby nieumyślnie woda, wsiąkała teraz w podłogę, tworząc na jej powierzchni ciemną plamę. <br>
Zmarszczył brwi. Żona nigdy nie zostawia nie dokończonej pracy. A dzieci? Czy o tej porze nie powinny już być w domu i zasiadać do wspólnego posiłku?
Sunął dalej po ciemku, parokrotnie zawołał jej imię ale za każdym razem odpowiadała mu tylko ta nieznośna cisza. Czuł jak wzbiera w nim złość, gdy z pokoju na górze dosłyszał cichy, dziecięcy płacz. Ruszył w stronę, z której dochodziły odgłosy. Stanął w progu nie wiedząc jak zareagować. Jego najmłodszy syn wychylał się z łóżeczka wyciągając ku niemu małe rączki. Na widok ojca uśmiechnął się.<br><br>
Znalazł ją w pokoju obok. Leżała odwrócona twarzą w stronę okna. Wolno podszedł bliżej i wczołgał się na łóżko. Nawet jeśli teraz odczuwał głód, nie mógł powstrzymać się przed możliwością rozgrzania skostniałego ciała w ramionach żony. Sapiąc z podekscytowania nachylił się nad nią, dotykając palcami jej złotych włosów mocno splecionych w warkocz. Nie mógł jednak dojrzeć sinych warg, niezdolnych już nigdy do zaczerpnięcia powietrza, nie mógł też zobaczyć bledszej niż kiedykolwiek skóry ani na wpół otwartych, nieruchomych oczu, wpatrzonych w ciemną przestrzeń. <br>
Alfred przysunął się bliżej. Łóżko skrzypnęło pod nim przeciągle.<br>
- Chodź, kobieto… - z władczym tonem w głosie złapał jej ramię i obrócił w swoją stronę.<br>
Na tle głębokiej ciemności nocy, wirowały w powietrzu białe jak mleko płatki śniegu.


#2 PRZECZUCIE

Erna Kerl, pełniąca funkcję Untergauführerin w powiatowym okręgu dowództwa Bund Deutscher Mädel przerwała pisanie i zawiesiła dłonie nad klawiaturą starej, wysłużonej maszyny. Duże, okrągłe okulary w drucianej oprawie wolno zsuwały się z nosa tej wysokiej kobiety o ostrych, typowo aryjskich rysach. Nie zważając na to, Erna wciąż uważnie przyglądała się młodej dziewczynie, która jakby ni z stąd ni zowąd stanęła w progu jej biura. Nie chcąc okazywać swojego zaskoczenia, odchrząknęła i na powrót przeniosła wzrok na czarną klawiaturę maszyny. Część okrągłych, metalowych klawiszy miała już starte litery. Erna nawet nie potrzebowała na nie patrzeć, znała na pamięć cały ich układ. Przez jakiś czas w pokoju słychać było miarowy odgłos stukania. Kobieta pochylona nad maszyną westchnęła przeciągle, parokrotnie przekręciła wałek i sprawnym ruchem ręki wyszarpnęła zapisaną drobnym, ozdobnym pismem kartkę i odłożyła na wierzch takich samych, uprzednio zapisanych dokumentów.<br>
Nie mogąc opanować zainteresowania, znów podniosła wzrok na stojącą po drugiej stronie pokoju drobną postać dziewczyny. Jej jasne, starannie splecione warkocze wyraźnie odznaczały się na tle bordowej tapety. Erna zmarszczyła brwi. Palcem wskazującym dosunęła wyżej okulary i skinieniem ręki przywołała do siebie dziewczynę.<br>
- Chodź, chodź – ponaglała ją by ta podeszła aż do samego, pięknie rzeźbionego biurka. – Ojciec nie był zadowolony, że przyjechałaś? – zapytała, wyjmując z szuflady czystą kartkę. Po dokładnym ustawieniu marginesów, zaczęła ją wkręcać w wałek maszyny.<br>
- Zabronił mi, ale ja nie posłuchałam. Tak było kiedyś… - dziewczyna zajęła wskazane miejsce.<br>
- A teraz? – Erna nie mogła już dłużej ukrywać zainteresowania, będąc odpowiedzialna za przydział nowych dziewcząt do odpowiednich sekcji, zawsze chciała wiedzieć o nich wszystko. – Czy teraz tobie pozwolił? <br>
- Nie muszę już go słuchać - odpowiedziała cicho. <br>
Erna posłała dziewczynie ledwo zauważalny uśmiech. Pamiętała doskonale jej ojca, który bez żadnego słowa wyprowadził córkę w trakcie zajęć z krawiectwa. Jako starsza führerka, pracująca wówczas w małym miasteczku Fürstenhagen, potępiała każdy przejaw oporu wobec narodowo socjalistycznego państwa. Irma Grese była dla niej obiecującą kandydatką do zaszczepienia w niej wszystkich ideałów, z którymi Erna się utożsamiała. Tym bardziej żałowała, że ojciec zabronił jej udziału w zajęciach, w trakcie których uczyła młode dziewczęta jak wzorowo prowadzić ich przyszłe, własne gospodarstwo domowe. Lubiła te spotkania, była to jej służba wobec Rzeszy, ale po głośnej interwencji Alfreda Grese stała się bardziej ostrożna i wyczulona na sprawy jednostki. Wkrótce po tym zajściu udało jej się awansować i bardziej od zajęć z młodzieżą, wolała zajmować stanowisko kierownicze jako przełożona BDM w jednym z powiatów w Meklemburgii.<br>
Erna zdążyła już zapomnieć o tej małej, trzynastoletniej dziewczynce, do czasu, kiedy ponownie pojawiła się tu, w Fürstenburgu, przywołując tym samym ciąg dawnych wspomnień. Teraz, siedząc z nią w jednym pokoju, raz po raz zerkała na uchylone drzwi czy aby nie zobaczy w nich sylwetki rosłego mężczyzny, chcącego zabrać z powrotem do domu swoją małą córeczkę. Upewniwszy się, że przyszła sama, Erna poczuła wewnętrzną ulgę i usadowiła się wygodniej w fotelu. Siedząca przed nią kandydatka wcale nie przypominała małej dziewczynki sprzed dwóch lat, mimo to Erna od razu ją rozpoznała. Czy w takim krótkim czasie ludzie mogą się aż tak bardzo zmienić?<br>
Dziewczyna sięgnęła do torby i wyjęła zwinięty w rulon papier przewiązany cienką, błękitną tasiemką. Brwi Erny uniosły się w lekko górę. Kobieta zagryzła dolną wargę i wziąwszy podane jej pismo, w skupieniu zaczęła wodzić oczami po ręcznie zapisanych wersach.<br>
- Grese… Irma… Ilse… Ida… - docisnęła dźwignię zwalniacza papieru i po chwili pokój wypełnił charakterystyczny stukot maszyny. Pusta strona zapełniała się ozdobnym pismem. Na górze kartki nadrukowany symbol czarnego orła rozpościerał szeroko skrzydła, gotowy do ataku. Erna znów poprawiła zsuwające się okulary i powróciła do pisania.<br>
- Siódmy października tysiąc dziewięćset dwudziesty trzeci… - ciągnęła monotonnym głosem, kierując te słowa bardziej do siebie niż do dziewczyny z naprzeciwka.<br>
Drzwi skrzypnęły i do środka weszła kobieta w białej koszuli z krawatem i granatowej spódnicy. Stukot jej pantofli prawie zrównał się z odgłosami jakie wydawała z siebie stara maszyna. Podeszła do Erny i nachyliwszy się, zamieniła z nią pośpiesznie parę zdań, po czym położyła trzymany dotąd plik papierów na stole, tuż obok maszyny i skierowała się w stronę wyjścia. Erna ponownie westchnęła widząc piętrzące się obowiązki. Może jednak warto byłoby spróbować na powrót pracy z młodzieżą? Zerknęła przelotnym wzrokiem na kandydatkę, która uśmiechnęła się widząc jej niewyraźną minę. Erna nie odwzajemniła tego gestu.<br>
- Mamy dziś dużo pracy, sama widzisz… Niedawno przyszły kolejne rozporządzenia, musimy przygotować wszystkie dokumenty zgodnie z nowymi regulaminami. – kobieta przesunęła wałek maszyny.- Imiona rodziców? – zapytała znienacka, choć doskonale wiedziała, kim byli i jak się nazywali. Pamiętała jej ojca, Alfreda, farmera o potężnych, twardych dłoniach i pamiętała też jego żonę, Bertę. Historia jej śmierci w ustach trzynastolatki zrobiła na Ernie ogromne wrażenie. <br>
Teraz już o nic nie musiała pytać, wszystko było na arkuszu, który wyjęła z maszyny i podstemplowała na niebiesko. <br>
W pokoju rozległ się donośny sygnał telefonu. Kobieta mrucząc coś niedbale pod nosem, podniosła słuchawkę. Do jej uszu dobiegł czyjś podniesiony głos. Erna skrzywiła się i przewróciła oczami. Przytaknęła rozmówcy, po czym wstała i skierowała się do drzwi. Mijając dziewczynę rzuciła w jej stronę przelotne spojrzenie. Na chwilę ich oczy się spotkały, ale Erna natychmiast zwiesiła głowę uciekając wzrokiem w przeciwną stronę. Było coś niepokojącego w tej młodej dziewczynie.<br>
- Zaraz wrócę… - pchnęła klamkę i opuściła w pośpiechu pokój, ściskając w dłoni teczkę z dokumentami.<br><br>
Idąc z powrotem do biura, zastanawiała się czy dziewczyna wciąż na nią czeka. Wchodząc do środka upewniła się, że pokój jest pusty. Na biurku nadal piętrzyły się dokumenty, obok maszyny leżała kartka z naniesionym niebieskim stemplem. Erna zauważyła tasiemkę i wzięła ją ostrożnie w dłoń, podnosząc bliżej twarzy. W tej samej chwili drzwi do biura rozwarły się i zanim Erna zdążyła zareagować, mała dziewczynka szybkim krokiem przemierzyła pokój i stanęła tuż przy niej. Kobieta odruchowo wykonała parę kroków w tył, mierząc wzrokiem postać nieznajomej. Czy to możliwe…?<br>
- Tak, słucham? – tylko to jedno pytanie przyszło jej na myśl, widząc zadyszaną, młodą osobę, która nie mogąc złapać tchu wlepiła wzrok w tasiemkę.<br>
- Była tu…? Była, prawda? – wyjąkała dziewczynka, przełykając głośno ślinę.<br>
Erna znów poczuła narastający niepokój. Nie bardzo rozumiała o kim mówiła ta mała, która podobnie jak jej poprzedniczka zjawiła się jakby znikąd. Czuła jednak, że nagłe pojawienie się tej młodej osoby ma jakiś związek z Irmą. Chciała odłożyć tasiemkę, gdy tamta chwyciła ją znienacka za nadgarstek, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Kobieta nie protestowała, gdy dziewczynka bez słowa wyjęła z jej dłoni tasiemkę i przez moment w milczeniu uważnie obracała ją w palcach. <br>
- To ona. Była tu… Wiem to! – spojrzała tym samym, przenikliwym wzrokiem na Ernę. Kobieta poczuła jak serce zamiera jej w piersi. A jednak, przeczucie jej nie opuszczało. Co do tego nie miała wątpliwości. Starając się opanować kołatanie w klatce piersiowej, Untergauführerin spróbowała dowiedzieć się czegoś więcej o tajemniczej nieznajomej.<br>
- Kto…? Kto miał tu być według ciebie? – zmarszczyła brwi wyczekując w napięciu na potwierdzenie odpowiedzi, którą już góry znała.<br>
- Kto? – dziewczynka ze zdziwieniem w głosie powtórzyła zadane jej pytanie. - Moja siostra. – wpatrując się przed siebie, zacisnęła dłoń, w której trzymała z tasiemkę. Na jej twarzy malowało się zakłopotanie. <br>
- Irma Grese… - wyszeptała Erna odwróciwszy się do okna. Tuż za nim rozciągał się widok na park. O tej porze dnia cały tonął w południowym słońcu. Na obszernym placu grupa dziewcząt wykonywała ćwiczenia gimnastyczne. <br>
Nie wiedziała nic o jej rodzeństwie, nie wzięła tego pod uwagę. - Twoja siostra… Czy wiesz, gdzie ona może teraz być? Dziewczynka spojrzała na bladą twarz Erny.<br>
Odpowiedź wzbudziła w kobiecie jeszcze większą konsternację. Przytaknęła lekkim skinieniem głowy, jakby zgadzając się ze słowami swojej młodej rozmówczyni. Zdjęła z wieszaka granatową marynarkę i zgrabnym ruchem nasunęła głębiej na czoło służbową furażerkę.<br> Spróbowała zdobyć się na jeden, szczery uśmiech w tym dniu. <br>
- W takim razie chodźmy – Erna zdecydowanym ruchem pchnęła dziewczynkę przed siebie kierując ją w stronę drzwi.<br><br>
Samochód sunął wolno piaszczystą drogą. Nieprzycięte gałęzie pobliskich drzew uderzały w okna czarnego volkswagena. Mężczyzna przekręcił mocniej kierownicę i wcisnął pedał gazu. Wzbijając tumany kurzu, pojazd wykonał nagły skręt i skierował się na poboczną ścieżkę. Przejechał jeszcze parę metrów i przystanął w korytarzu utworzonym z wysokich zarośli. Odgłos pracującego silnika młócił powietrze wtórując świerszczom schowanym w wysokich trawach. Mężczyzna przekręcił kluczyk w stacyjce. Dookoła zapanowała kompletna cisza.
Erna położyła dłoń na ramieniu śpiącej dziewczynki i lekko nią potrząsnęła.<br>
- Jesteśmy na miejscu. – kobieta otworzyła drzwi pojazdu pomagając wysiąść zaspanej towarzyszce. – Jest już bardzo późno, musimy się pośpieszyć. – przytuliła mocniej do siebie dziewczynkę. Odgłos szelestu oddalał się.<br>
Dwie ciemne sylwetki postaci rozpłynęły się w mrokach nocy.<br>
Na myśl o ponownym spotkaniu z Alfredem Grese, Erna odruchowo zwalniała tempo marszu. Coś ściskało ją w żołądku i nie pozwalało na zaczerpnięcie głębszego wdechu. W ciemności ledwo mogła zauważyć ścieżkę, prawie po omacku stawiała każdy krok. Kiedy z mgły wyłoniły się niewyraźne kontury niskich zabudowań jedyną jej myślą było pozostawienie dziewczynki i powrót do samochodu. Może była to tylko kwestia zbyt bujnej wyobraźni a może zwykły strach przed surowym obliczem rozgniewanego ojca, samotnie wychowującego piątkę niesfornych dzieci? Czwórki, nie licząc jednej z córek, która się zbuntowała tak jak przed dwoma laty, kiedy… <br>
- To tutaj… tutaj mieszkam. – Dziewczynka podeszła do drzwi i zastukała w nie kilkakrotnie zaciśniętą pięścią. <br>
- Ojciec będzie bardzo zły? – Erna starała się opanować wzbierające w niej emocje. – Będzie… - odpowiedziała sama sobie, widząc jak głowa dziewczynki kiwa potakująco.<br>
Zaniepokojony obecnością nocnych gości, ogromny wilczur z impetem wyskoczył na podwórze i szamocząc się na łańcuchu zaczął ujadać wydając z siebie gardłowy ryk. Wnętrze domu pojaśniało, Erna doskonale słyszała czyjeś zbliżające się kroki. Zgrzyt zamka i nagłe rozwarcie drzwi sugerowało, że osoba stojąca po przeciwnej stronie nie jest nastawiona pozytywnie do gości zjawiających się po zmroku. <br>
- Kogo niesie? – mężczyzna stojący w progu przechylił się w przód oświetlając naftową lampą bladą twarz Erny i nie w pełni rozbudzoną twarz swojej córki. Alfred wypuścił z ust powietrze, co wyglądało na przeciągłe westchnienie. Erna doskonale poczuła intensywny zapach niedawno wypitego alkoholu. Zanim zdążyła wyjaśnić powód tak późnej wizyty, Alfred chwycił córkę za ramię i jednym ruchem pchnął ją do wnętrza domu.<br>
- Weź to! – dziewczynka w ostatniej chwili włożyła w dłoń Erny kawałek tasiemki.<br>
- Do pokoju! – warknął mężczyzna w stronę córki. Uniósł rękę z lampą wyżej chcąc dokładniej przyjrzeć się nieznajomej kobiecie. Widząc służbowy mundur członkini Związku Dziewcząt Niemieckich zmarszczył brwi i wypuścił z ust kolejny haust mdlącego powietrza.<br>
- Proszę zostawić moją rodzinę w spokoju i nie interesować się naszymi sprawami – wybełkotał cedząc z trudem każde słowo.<br>
- Irma, ona też była dziś w biurze… – Erna zmrużyła oczy, intensywne światło lampy raziło ją na tyle by twarz Alfreda przypominała jej rozlaną plamę. – Irma… pańska córka… - dokończyła, nie usłyszawszy ku swemu zaskoczeniu żadnej reakcji słownej ze strony farmera. Człowiek o potężnych dłoniach cofnął się w głąb domu wolno zamykając za sobą drzwi. Kiedy pomiędzy framugą a jego twarzą powstała niewielka szpara, mężczyzna zawahał się na chwilę i spojrzał mętnym wzrokiem w twarz Erny. <br>
- Ona nie jest moją córką. – Drzwi zamknęły się i Erna została sama. Uwiązany na łańcuchu wilczur skomlał wspinając się raz po raz na tylnie łapy i wykonując nagłe odskoki w bok. Usłuchała mężczyzny i zatapiając się we własnych myślach Erna pośpiesznie opuściła gospodarstwo. Nie próbowała nawet oglądać się za siebie. Ani razu.<br><br>

Weszła do biura w momencie, gdy zegar na ścianie wybijał drugą w nocy. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła nagłą chęć zapalenia papierosa. Starała się wmówić sobie, że drżenie rąk jakie teraz zbyt dotkliwie odczuwała, spowodowane było przemęczeniem. Erna spojrzała na maszynę do pisania i stos zapisanych formularzy, które jutro przyjdzie jej posegregować. Może warto powrócić do pracy z młodzieżą? Na środku biurka wciąż leżała pojedyncza kartka ze służbowym stemplem. Kobieta sięgnęła do kieszeni marynarki i wyjęła cienką niebieską wstążkę. Przez dłuższy czas nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w kawałek materiału. Z rezygnacją podeszła do obszernej szafy i otworzyła jedną z szuflad, w której trzymała wszystkie dokumenty. Do pustej teczki poza niebieską tasiemką włożyła jeszcze tą podstemplowaną kartkę po czym dokładnie zawiązała supeł i schowała teczkę na samo dno szuflady. Odsunęła od siebie natarczywą myśl o przeczuciu, które powracało do niej niczym zły intruz. Chciała wmówić sobie, że wszystko to, co wydarzyło się ostatnio w jej życiu już nigdy się nie powtórzy.<br>
Naprawdę chciała wierzyć, że tak właśnie będzie.


#3 MĘŻCZYZNA NA WÓZKU

Obserwował ją od dłuższego czasu, bacznie wodząc oczami po całej jej sylwetce. Była jeszcze młoda, ale zdążyła już nabrać kształtów charakterystycznych dla każdej dorosłej kobiety. To mu odpowiadało. Tym bardziej cieszył się z możliwości przebywania w towarzystwie tej niezwykłej istoty, jakże innej od całego personelu młodych pielęgniarek pracujących w sanatorium. Kiedy stała odwrócona do niego plecami, mógł doskonale przyjrzeć się jej dobrze zbudowanym ramionom i krągłym pośladkom, które uwypuklały się spod materiału ilekroć dziewczyna pochylała się w przód. Długie, jasne włosy zaplecione w warkocz z gracją opadały jej na plecy, pojedyncze niesforne kosmyki znad czoła poprawiała szybkim ruchem, zawijając je za ucho. <br>
Mężczyzna obrzucił nieznajomą jeszcze jednym ciekawskim spojrzeniem. Oczy rozwarły mu się szerzej, gdy ogarniająca ciało fala podniecenia zaczęła dominować w jego umyśle, odbierając zdolność jakiegokolwiek racjonalnego działania. Dziewczyna znów wychyliła się w przód, sięgając po wiadro, dzięki czemu po raz kolejny dostrzegł ukazujące się spod przykrótkiego fartucha gładkie uda.<br>
Nie chciał dłużej zwlekać i postanowił zaryzykować. Odwróciła się w jego stronę, w ręce trzymała wiadro do połowy napełnione wodą. Przechodząc obok niego, zakołysała biodrami, co nie mogło ujść uwadze mężczyzny na wózku. Nie był w stanie powstrzymać wzbierającego w nim uczucia gorąca i duszności. Wciągnął przez nozdrza głęboki wdech. Letni dzień był nadzwyczaj parny ale on wiedział, że przyczyna jego samopoczucia jest znacznie inna niż zbyt duża suchość w powietrzu. <br>
Wiedziony instynktem oparł mocniej dłonie na metalowych poręczach przymocowanych do kół i sprawnie wykonał obrót w stronę, skąd dochodził miarowy odgłos kroków. Nawet z dużej odległości zauważył, że zbyt ciasny fartuch wciąż opinał tę część kobiecego ciała, o której on, weteran wojenny, mógł teraz jedynie pomarzyć. Rozejrzał się po wąskim, sterylnym korytarzu o wybielonych ścianach. Niektóre drzwi do sal były uchylone, ale w zasięgu wzroku nie dojrzał żadnej osoby. O tej porze dnia, pacjenci zazwyczaj siedzieli na obszernym tarasie lub spacerowali w pobliskim parku. Wewnątrz budynku panował niczym nie zmącony spokój. W jednym momencie mężczyzna uświadomił sobie, że oto właśnie nadeszła długo oczekiwana przez niego chwila. Jeszcze musi się powstrzymać, ale już niedługo. Teraz jego jedynym celem było zwrócenie uwagi tego dziewczęcia, które niczym larwa przeobrażająca się w pięknego motyla, dojrzewała tuż przed jego oczami. Była to doprawdy kusząca sytuacja.
Nie znał jej, nie wiedział kim była i jak długo pracowała w sanatorium. Gdyby zatrudniono ją tutaj wcześniej, z całą pewnością nie uszło by to jego uwadze. Znał prawie cały personel pielęgniarski, nigdy nie miał problemów z nawiązaniem nowych znajomości. Jednak w tym przypadku wolał zachować ostrożność niż zostać posądzonym o podrywanie nowych stażystek.
Żwawo ruszył do przodu. Koła sunęły po wypolerowanym linoleum wydając cichy pisk za każdym razem, kiedy opony tarły o gumowe podłoże. Z siłą naciskał na obręcze. Postać dziewczyny przybliżyła się do niego. Nie odrywał wzroku od pięknie rozbudowanych bioder, kołyszących się na boki w rytm kroków. Mógł się domyślać, że wie o jego obecności, z pewnością domyśla się, jakie ma wobec niej zamiary. Może była to część gry, jaką toczyli pomiędzy sobą od kilku dni. Ani jedno ani drugie nie chciało wykonać tego decydującego kroku. Czuł, że to, co jest pomiędzy nimi przypomina naciągniętą do granic możliwości strunę.<br>
Nie wolno mu jeszcze tego zrobić. Struna nie może zostać zerwana.<br>
Ciężko być zauważonym, gdy dookoła są inni, tak samo wyglądający jak on. Ale mężczyzna na wózku miał swoje sposoby, by zdobyć serca naiwnych młodych panien szukających przygodnego romansu z wysokimi rangą oficerami. Upał był nie do zniesienia. Spojrzał na koszulę, która oblepiała jego rozgrzane ciało. Będąc w odległości niecałych trzech metrów od dziewczyny, gwałtownie zahamował i celowo wygiął ciało do przodu wyrzucając przed siebie ręce. Z jego ust wydobył się zdławiony jęk. Rozczapierzył palce, chcąc jakby wbić je w zielonkawe linoleum, którym wyłożona była podłoga.<br>
Runął z hukiem na ziemię.<br>
Wózek pod wpływem siły odrzutu odjechał w tył i uderzył w ścianę. Zacisnął zęby poczuwszy piekący ból w policzku. Spróbował unieść się w górę i oprzeć na łokciach. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa, był jeszcze zbyt słaby do walki z kalectwem. Teraz zdany był wyłącznie na łaskę pięknej asystentki, która z pewnością nie będzie mogła sama poradzić sobie z udźwignięciem jego masywnego ciała.<br>
- Przepraszam, czy możesz mi pomóc? – wyciągnął w jej kierunku obolałe ramię. Jeszcze nigdy nie był zmuszony prosić o pomoc kobietę, to go upokarzało. Będąc pewnym, że dziewczyna pobiegnie sprowadzić któregoś z medyków, ponownie przyłożył głowę do podłogi.<br>
Z perspektywy leżącego, z twarzą przyciśniętą do gumowego linoleum, widział jak przechodzi obok niego i przysuwa bliżej wózek. Dał się unieść w górę. Stała za nim a on czuł jej oddech na karku. Splotła ręce na wysokości jego klatki piersiowej a on uczepił się jej rękawa niczym tonący, który chwyta się rzuconego koła ratunkowego. Jakie to irytujące.
- Nic nie mogę na to poradzić… - wyjąkał łapiąc oddech. Wciąż sapiąc, oparł się głębiej w wózku, szczęśliwy, że znów może być w bezpiecznym położeniu. Parokrotnie zamrugał i przetarł dłonią spocone czoło. Odniósł wrażenie, że ta z pozoru niewysoka dziewczyna mogłaby udźwignąć na raz dwóch takich jak on. Wciąż będąc lekko oszołomionym, mężczyzna uśmiechnął się i skinął głową. Przed oczami zatańczyły mu szaro-czarne plamy, powoli zasnuwały postać w fartuchu. Kontury jej sylwetki zaczęły wsiąkać w otoczenie. Zauważył, że na jej policzkach pojawiły się rumieńce, co, jak pomyślał w tej samej chwili, dodało dziewczynie jeszcze większego uroku. Zanim potworny ból przeszył mu czaszkę, zza ciemnych, pulsujących plam wyłoniły się dwa niebieskie, bardzo wyraźne okrągłe punkty, które nie wiedzieć czemu, patrzyły prosto w jego wykrzywioną cierpieniem twarz. <br>
Wtedy poczuł, że traci świadomość.<br><br>

W parku spostrzegł, że przygląda mu się z niemniejszym zaciekawieniem niż wtedy, kiedy on sam próbował zwrócić na siebie jej uwagę. Wzdłuż sztucznie utworzonego oczka wodnego, po starannie wysypanej piaskiem ścieżce spacerowali pacjenci sanatorium. Niektórzy od nowa próbowali uczyć się chodzenia za pomocą drewnianych kul, inni, podobnie jak Hermann Fritzler siedzieli na wózkach pchanych przez sympatycznie wyglądające pielęgniarki. Z tą różnicą, że za wózkiem Hermanna nikt nie stał. Białe fartuchy personelu nieustannie krążyły pomiędzy korowodem stukających kul a zabytkowym budynkiem sanatorium w Hohenlychen.
Dziewczyna nadal siedziała na ogrodowej ławce ze splecionymi dłońmi i wciąż posyłała mu ten sam, nieśmiały uśmiech. Nie mógł jej odmówić. <br>
Wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów i zerknął z ukosa w stronę ławki. Drobne plamy światła i cienia przebijające się przez wierzchołki sosen pokryły całą postać dziewczyny. Włosy tym razem splotła w dwa warkocze. Mógł przysiąc, że wstążki uformowane w dwie małe kokardki są koloru niebieskiego.<br>
Włożył w usta papieros i zapalił ogień. Zaciągnął się głęboko po czym wyrzucił z siebie kłęby dymu. Owinął szczelniej zabandażowany kikut prawej nogi bawełnianym kocem i kręcąc obręczą ruszył w jej stronę. Sprawnie wyminął grupę stojących na środku alejki pacjentów, wymieniając z niektórymi przyjazne spojrzenia. Ławka była już niedaleko.<br>
Podniosła głowę i napotkała jego wzrok.<br>
Patrzyła swymi jasnoniebieskimi oczami, a jemu kompletnie odebrało mowę. Wyjął z ust dopalony papieros i rzucił na ziemię. Najechał jednym kołem na niedopałek wgniatając go w żwirowy piach.<br>
Tak jak przypuszczał, barwa wstążek była idealnie dobrana pod kolor oczu.<br>
Nie pamiętał, jak długo siedział przed nią, zupełnie onieśmielony, zbierając w myślach rozsypane słowa i próbując utworzyć z nich sensownie brzmiące zdanie. Z mocno zesztywniałych szczęk, Hermann z trudem wydobył tylko jedno, które układał w głowie przez całe przedpołudnie.<br>
- Czy zechciałabyś towarzyszyć mi podczas dzisiejszego spaceru? <br><br>

Jesień ubarwiła drzewa na złocisto-czerwony kolor, park wydawał się jeszcze bardziej niezwykłym miejscem niż mógł przypuszczać. Objechali dookoła cały obszerny kompleks sanatorium. Hermann odchylił się na oparcie wózka. Mógł wystawić twarz do słońca i rozkoszować się chwilą, na którą od dawna czekał. Dziewczyna prowadząc wózek nuciła pod nosem nieznaną mu melodię. Lubił jej głos, teraz częściej będzie prosił ją, by mu śpiewała. Skręcili w stronę zabudowań chcąc przejść na drugą stronę parku. W dalszej części budynku znajdowały się oszklone z obydwu stron korytarze poprzecinane niewielkimi wnękami w kształcie półkola. Minęli główny hall wyłożony czarno-białą mozaiką. Uchylone okiennice wpuszczały do środka ciepłe powietrze napełniające wnętrze orzeźwiającą świeżością.<br> Pacjenci siedzieli zatopieni w lekturze książek, inni z zainteresowaniem wpatrywali się w rubryki gazet, donoszące o najnowszych wydarzeniach politycznych. W małych grupach wymieniali półszeptem między sobą uwagi o zasłyszanych zwycięstwach Tysiącletniej Rzeszy. Pielęgniarki ubrane w białe, rozkloszowane fartuchy, co pewien czas podchodziły do któregoś z pacjentów podając przypisane lekarstwa.<br>
Czasem, jeśli szczęście dopisało, można było spotkać lekarską elitę, doktora Karla Gebhardta w asyście chirurga Fritza Fischera, którzy osobiście nadzorowali stan zdrowia mieszkańców sanatorium.<br>
Podjechali pod wysokie, oszklone drzwi prowadzące na drugą stronę parku. Dziewczyna pchnęła jedno skrzydło i oboje znaleźli się na zewnątrz. Mężczyźni przykryci kocami leżeli wzdłuż całej długości tarasu. Przy leżakach niektórych pacjentów stały wózki takie same jak ten, na którym siedział Hermann. Większość z nich drzemała teraz w leżakach, pogrążona w półśnie sennego, jesiennego popołudnia. <br>
Zjechali w dół, zostawiając za sobą budynek sanatorium. Dziewczyna zatrzymała wózek i przyklękła przy obok Hermanna, który objął ją delikatnie i pogładził po włosach. Znów jego serce zaczęło szybciej pracować.<br>
Spojrzeli na siebie. <br>
Wśród drzew mignęła wojskowa ciężarówka z wymalowanym na płachcie czerwonym krzyżem i skierowała się na pobliski podjazd. <br>
Mężczyzna na wózku zmarszczył czoło.<br>
- Podjedźmy bliżej tej ciężarówki – nie chciał przerywać tak wspaniałej chwili ale rozsądek podpowiadał mu coś zupełnie innego. – Proszę… - dokończył, widząc, że dziewczyna nie podziela jego uwagi. Położył rękę na wierzchu jej dłoni ale zaraz ją cofnął. <br>
Zerknął na jarzące się w świetle zachodzącego słońca pnie sosen, za którymi dojrzał wojskowy brezent. Ta ciężarówka była inna od tych, jakimi przywozili nowych pacjentów. Ze wszystkich stron otaczał ją kordon żandarmów na motorach. Nasunięte głęboko hełmy zupełnie przysłaniały ich twarze, odbezpieczone karabiny błyszczały w słońcu.<br>
Dziewczyna popatrzyła wyczekująco na Hermanna.<br>
- Podjedź jeszcze kawałek, ale nie za blisko, nie chcę żebyśmy zostali zauważeni.<br>
Tuż za ciężarówką na żwirowy podjazd wjechał czarny mercedes. Sprawnie zaparkował przy drzwiach prowadzących do tej części sanatorium, w której operowano chorych. Można byłoby ją nazwać osobistym królestwem doktora Gebhardta.<br>
Uniósł rękę dając znak, żeby dziewczyna zatrzymała wózek. Będąc w bezpiecznej odległości, częściowo przysłonięci rozłożystym krzewem, mogli obserwować rozwój całej sytuacji. Oboje przeczuwali, że pojazd „Czerwonego Krzyża” przywiózł kogoś innego, niż zwykłych pacjentów zabranych z pobliskich klinik. Hermann zacisnął ręce na poręczach i wytężył wzrok. Stojąca do tej pory za jego wózkiem dziewczyna, podeszła bliżej znów przyklękając obok niego.<br>
- To nie są pacjenci… - wyszeptała, gdy z ciężarówki wychyliła się głowa kobiety z owiązaną wokół szyi jasną chustą. Hermann nie zaprzeczył jej słowom.<br>
W tym samym momencie drzwi dla personelu rozwarły się na oścież i wszystkim zebranym ukazała się postać doktora Gebhardta, jak zwykle w asyście kilku lekarzy i dwóch młodych pielęgniarek. Podszedł do samego mercedesa, rozglądając się na boki, wyjął z kieszeni okulary i wsunął je na swój mały, zadarty nos. Lekarski kitel wyraźnie odróżniał go od pozostałych zgromadzonych, zaczesane do góry włosy nadawały jego twarzy niepokojący wyraz.
Z samochodu wyskoczyło trzech oficerów, wymienili z Gebhardtem i jego asystą gesty pozdrowienia podnosząc w górę prawe przedramię. Wszyscy, poza pielęgniarkami skierowali się do ciężarówki, z wnętrzna której wyłaniały się postacie jednakowo ubranych kobiet o nienaturalnie białej skórze. <br>
Twarz Hermanna zastygła w bezruchu. Kobiety stłoczone w jedną masę patrzyły wielkimi, przerażonymi oczami na idącego w ich stronę mężczyznę w białym fartuchu. <br>
- Króliki – rzekł zapalając papierosa. – Jedźmy dalej, czuję się zmęczony. – Zacisnął palce na jej dłoni i przytrzymał, tak długo, jak ona mu na to pozwoliła. <br>
W drodze do sanatorium nie przestawał wpatrywać się w koc, którym był owinięty. Ostrożnie wymacał miejsce, gdzie kończyła się jego prawa noga, tuż przed kolanem. Doktor Gebhardt obiecał mu dobrą protezę, nie będzie widać różnicy a noga znów będzie sprawna, jak dawniej.<br>
- Zaśpiewaj dla mnie – Hermann przymknął oczy i odchylił do tyłu głowę.<br>
Wkrótce i on zapadł w błogą drzemkę.


#4 OCZY ANIOŁA

- Gdy będziesz umierać, zobaczysz anioła zstępującego z nieba po twoją duszę. Wyobraź sobie, że wszystko to, co do tej pory widziałaś i przeżyłaś, odejdzie na zawsze. Nie będziesz czuć głodu, ani zimna, nawet zmęczenia czy bólu… W twoim sercu zagości spokój i będziesz wiedziała, że nadszedł ten czas… - w jej oczach zatańczyły dwie małe iskierki.<br>
- Moment śmierci? – zapytała nieśmiało.<br>
Objęła ją swoim ramieniem i pocałowała w policzek.<br>
- Czas, w którym nie będziesz musiała pracować, nie będziesz bita i już nigdy nie usłyszysz, że nie różnisz się niczym od zwierzęcia… Będziesz wolnym człowiekiem, wolnym… – pogładziła ją czule po krótkich, szorstkich włosach. - Nawet jeśli twoje ciało zostanie tu gdzie teraz, duszę zabierze ze sobą anioł. Prosto do nieba. – uniosła rękę wskazując małe okienka w dachu. <br>
Nawoływania dobiegające z ciemności nasiliły się. Jakaś nieszczęśliwa istota walczyła ze swoim, trawionym gorączką organizmem, wykrzykując przy tym najgorsze przekleństwa. Obie zdawały sobie sprawę, że kobiecie zostało już niewiele czasu.<br>
– To właśnie powiedziała mała Krysia – ciągnęła - kiedy przed tygodniem zabierali ją na rewir. Tak bardzo chciałam się nią sama zająć, jak jeszcze była z nami, jednak przyszedł dzień, w którym wyczytali jej numer. Najpierw tyfus, potem gruźlica. Walczyła o każdy oddech, przecież wiesz. Ledwo stała na swoich cienkich nogach. Nic tobie nie mówiłam, ale jak poszłam ją odwiedzić, znalazłam jej wątłe ciało leżące na ziemi. Barak był przepełniony bardziej niż kiedykolwiek, a szczury chodziły w tę i z powrotem pomiędzy konającymi gryząc ich w kończyny. Wszyscy leżeli nieruchomo niczym bezwładnie rzucone manekiny… - zamyśliła się oblizując spieczone wargi.<br>
Wnętrze rozświetlił snop światła. Podłużne pasmo sunęło po drewnianej konstrukcji podtrzymującej spadzisty dach. Przez szpary w deskach stanowiących ścianę baraku przebijały się pojedyncze promienie, ukazując blade ciała śpiących kobiet.<br>
Zacisnęła palce na jej dłoni.<br>
- Ale wierz mi… w dniu, w którym ją widziałam, miała na twarzy ten piękny uśmiech, zupełnie jak ktoś, kto nigdy nie zaznał żadnego cierpienia, możesz to sobie wyobrazić? –osunęła się na plecy naciągając wyżej koc. – Jestem pewna, że w chwili śmierci widziała swojego anioła…<br>
- Ona jest już wolna, a my? Jak długo jeszcze nasz anioł każe nam na siebie czekać?<br>
- Śpij… i nie myśl o tym, co przyniesie jutro. Zresztą anioły najlepiej wiedzą, kiedy powinny się zjawić. – powiedziała skrywając twarz w dłoniach.<br>
Leżąc, nadsłuchiwały odgłosów dobiegających z zewnątrz. Zimny podmuch wiatru uderzył w ścianę baraku. Wypuściła z ust mały obłoczek pary.<br>
- Myślisz, że ten anioł będzie taki sam, jak ten z obrazka, który powiesiłaś nad moim łóżkiem, kiedy byłam mała?<br>
- Twój z pewnością będzie piękniejszy. – mocno przycisnęła jej rękę do swojej piersi. – Będzie przyodziany w długą, przejrzystą szatę a złote włosy będą okalać jego cudowną twarz jak aureola. Skrzydła będzie mieć tak ogromne, że bez najmniejszego trudu wzniesie się wraz z tobą ku niebu – dłoń ponownie wskazała jasny pas w dachu, wpuszczający do środka mdłe promienie księżyca. – A teraz postaraj się zasnąć, przed nami krótka noc i długi, męczący dzień.<br>
Przyciągnęła ją bliżej ku sobie. Ponownie usłyszała jej głos, był tak cichy, że ledwo mogła rozróżnić poszczególne słowa.<br>
- Kobieta obok mnie… Ona się nie rusza… Nie słyszę jak oddycha…<br>
- Nie martw się. Anioł już przyszedł po jej duszę. Jest wolna… - wymamrotała zapadając w półsen. Zanim jednak na dobre pogrążyła się w ulotnym świecie marzeń, dosłyszała szept córki.<br>
- Wiem, że anioły nie istnieją. A jeśli nawet gdzieś są, to z pewnością nie tutaj… <br><br>

Lustro miało owalny kształt, oprawione było w grubą, rzeźbioną ramę z zainstalowanym mechanizmem pozwalającym na zmianę kąta jego przechylenia. Przez pierwsze tygodnie stało niezauważone, częściowo przysłonięte przez regał i donicę z kwitnącymi kwiatami pelargonii. Dopiero później, po interwencji którejś z mieszkanek Stabsgebäude, mebel przeniesiono do niewielkiego pokoju na parterze, służącego za szatnię dla kobiecej służby wartowniczej. Tam, postawione między rzędem szafek i wieszaków, lustro przeczekało kolejne tygodnie, cierpliwie znosząc narzekania przeglądających się w nim kobiet.<br>
Ona również codziennie przed wyjściem do pracy, zerkała mimochodem w gładką powierzchnię lustra. Czekając na swoją kolej gładziła fałdy spódnicy, co pewien czas nerwowo spoglądając na zegarek. Stojąc na wprost szklanej tafli poprawiała kołnierzyk koszuli, ściągała mocniej węzeł krawatu, parokrotnie zdejmowała i nakładała służbową furażerkę za każdym kolejnym razem przechylając ją bardziej na prawą stronę. Szybkim ruchem ręki zaciskała pas, drugą dłonią przytrzymując ciężką kaburę. Ponaglana przez pozostałe kobiety, stawała się ocenić swój wygląd. Naszyta na froncie furażerki czaszka szczerzyła zęby w uśmiechu, potwierdzając jej myśli. <br>
Z upływem dni coraz częściej spoglądała w lustro. Powodowana niezrozumiałym dla niej pragnieniom, wchodziła do szatni, uprzednio przymykając za sobą drzwi. Lekkim krokiem podchodziła bliżej lustra widząc, jak jej smukła kobieca sylwetka stopniowo wypełnia cały owalny kształt. Obracała się przed nim dookoła własnej osi, czasem stawała nieruchomo dobierając jedynie odpowiednie miny. Spuszczała wtedy głowę i patrzyła wprost w zimną taflę, innym razem unosiła podbródek, jednocześnie przymykając oczy w geście powagi. Z zeszytu, do którego wklejała zdjęcia znanych niemieckich aktorek wybierała najlepsze z nich i zapamiętując je starała się odtworzyć wybraną pozę przed lustrem. Całkowicie pochłonięta sobą, zaczynała tańczyć w takt niesłyszalnej melodii, obejmując w myślach któregoś z mężczyzn, jakich widziała na fotografiach z „Kamerad Frau”. Lustro nadal stało pod ścianą, przechylone tak, by odbijał się w nim środek pomieszczenia z tańczącą parą. Zebrani wokół ludzie, zastąpieni przez szafki i duże, drewniane wieszaki podziwiali jej płynne ruchy klaszcząc z uznaniem w dłonie, ilekroć przechylała głowę w bok, delikatnie potrząsając złotymi lokami. <br>
Czasem jej duchowa nieobecność została zauważona przez którąś z tych pilnych służbistek, wówczas z wypiekami na policzkach stawała obok lustra nie wiedząc, jak zareagować. Potem w milczeniu wymijała surowe oblicze rapportführerin, której przeszywający wzrok odprowadzał ją do samego wyjścia. Wracała jednak co jakiś czas, kierowana wewnętrzną potrzebą spojrzenia w szklaną powierzchnię. Do czasu, gdy jedna z mieszkanek, wchodząc rankiem do szatni nie spostrzegła, że lustro zniknęło.


Pierwsze uderzenie zabolało tak, jakby ktoś wbił jej garść szpilek w nagie pośladki. Tam, gdzie skórzany rzemień zetknął się z ciałem, powstała długa bladoróżowa pręga.<br>
Zacisnęła mocno powieki wydając przy tym zdławiony jęk. Kiedy pierwsza fala bólu minęła, przechodząc w regularne pulsowanie, uniosła wyżej głowę, nabierając w płuca głęboki wdech.
- Raaaz! – krzyknęła najgłośniej, jak tylko mogła, lecz z jej rozpalonego gardła wydobył się dźwięk w niczym nie podobny do ludzkiego głosu.<br>
Suche, spękane usta zacisnęły się, tworząc wąską, siną kreskę, ledwo widoczną na bladej twarzy. Spojrzała w bok nie odwracając głowy. Zmrużyła powieki. Niewyraźny, ciemny kształt zawisł tuż nad nią, potem złowieszczy świst przeszył powietrze.<br>
Na pośladkach ukazała się druga pręga, bardziej wyraźna od poprzedniej.<br>
- Dwaaaa…! – pisnęła, co w jej wykonaniu brzmiało jak przeciągłe „Aaaaa…!”<br>
Wykrzywiła usta w bezsilnym grymasie. Pośladki swędziały coraz mocniej, a ich różowy kolor zastąpiła mdła czerwień. Spróbowała nabrać kolejny, głęboki wdech, ale nie zdążyła przed następnym uderzeniem i tylko zakrztusiła się własną śliną.<br>
Zacisnęła palce na drewnianej konstrukcji kozła. Sznurek, którym miała obwiązane nadgarstki, przy każdym szarpnięciu wpijał się w przeguby dłoni.<br>
- Czteryyy…! – dotychczasowe swędzenie mogła przyrównać do lekkiego szczypania. Czwarta pręga idealnie nałożyła się na ślad trzeciej, zdzierając przy tym warstwę naskórka.<br>
Spod zaciśniętych powiek spłynęło kilka łez. Sprężyła całe swoje ciało do odebrania kolejnego ciosu. Spróbowała skupić się na dłoniach. Gdyby tak udało się poluzować te węzły, a wtedy…<br>
Uderzenie wytrąciło ją z równowagi. Zdawało się, że ziemia, którą widziała, zaczęła oddalać się od niej. Przed oczami zamigotały małe, czerwone plamy. Na przemian pojawiały się i znikały. Jedne były duże i wyraźne, inne małe i rozlewały się, wsiąkając w błoto.<br>
- Pięć! – syknęła przez zaciśnięte zęby. Nie zobaczyła już ciemnego kształtu nad sobą, jedna z wirujących plam całkowicie przysłoniła jej wszystko to, co mogła dojrzeć kątem oka.
Gdy ponownie otworzyła oczy z rozpaczą stwierdziła, że kara nie została wykonana do końca. Spojrzała w dół na ręce. Nadal były tam, gdzie poprzednio, tak samo przywiązane.<br>
Nie chciała rezygnować, szarpnęła zaciśniętymi dłońmi. Niespodziewane uderzenie twardym pejczem w głowę, ogłuszyło ją jeszcze bardziej. Białe światło rozlało się dookoła niej niczym gęsta mgła. Z daleka do jej uszu dobiegł stłumiony kobiecy głos. Był delikatny, ale zarazem stanowczy.<br>
Zaczęła się zastanawiać czy anioł na obrazku też nosił podkute oficerki.<br>
- Dobrze, a teraz zacznij od początku… - głos przybliżył się do niej. <br>
Pomyślała, że nawet tu niebiańskie istoty mówią tym samym, znienawidzonym przez nią językiem. Serce ściskało się i rozkurczało, rozrywając jej ciało od środka. W ustach poczuła słodki smak krwi. Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Nie była w stanie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Poruszała tylko niemymi wargami odmierzając w myślach ilość uderzeń.<br>
Pozwolono jej podejść aż pod samą bramę, za którą nie było już nic z tego świata. Nic dla tych, którzy czekali na swoją kolej by spłonąć i niczym wolny wiatr, wznieść się ku szaremu niebu. Zapach śmierci brutalnie wdzierał się w nozdrza, mdlił i przerażał. Szła wolno za wozem naładowanym ciałami zebranymi spod bloków po rannym apelu. Jej córkę rzucono na sam wierzch, jako jedną z ostatnich. Wciąż patrzyła swymi szeroko rozwartymi oczami, w których nie było widać żadnej pretensji do utraconego życia. I tylko ten zabłąkany na twarzy uśmiech mógł odróżnić ją od pozostałych marmurowych postaci. Sygnał gwizdka przywrócił kobiecie świadomość. Szturchana przez nieznaną jej kapo, posłusznie dołączyła do kolumny i wraz z nią wyszła w pole, do pracy.<br><br>

Teraz mogła zobaczyć siebie taką, jaka jest. Wyciągnęła dłoń do przodu. Pod opuszkami palców poczuła zimną taflę szkła. Jej dotyk sprawił, że na gładkiej powierzchni lustra pojawiła się cienka rysa. Kobieta przyjrzała się sobie. We własnym odbiciu dostrzegła coś obcego. Postać po drugiej stronie posłała jej uśmiech. Wzdrygnęła się i cofnęła dłoń.
Nasunęła furażerkę głębiej na czoło, zmarszczyła brwi, rzucając swemu odbiciu groźne spojrzenie. Sięgnęła po pejcz leżący na nocnej szafce i uderzając nim rytmicznie o cholewy wysokich butów w pośpiechu wyszła z pokoju.

Mrok powoli wlewał się do wnętrza baraków. Przez małe okienka przedzierały się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Obłoki na niebie przybrały różowawą barwę i wolno płynęły w kierunku zachodu. Ostatnie komanda wracające z aussen mijały niekończące się rzędy takich samych bloków, o tej porze dnia wyraźnie rysujących się na tle nieba. Ciche odgłosy muzyki dobiegające spod bramy świadczyły o tym, że orkiestra jeszcze gra witając kolumny maszerujących kobiet. Wszechobecną ciszę przerywało miarowe człapanie tysięcy stóp obutych w ciężkie drewniaki. Znużone pracą kapo raz po raz pokrzykiwały na idącą, szarą masę ludzi, czasem jakiś głuchy odgłos kija spadającego na plecy którejś z kobiet świadczył, że walka o życie wciąż trwa. Zanim rozpocznie się apel wieczorny, blokowe policzą wszystkie zmarłe kobiety, które zawleczono do obozu i rzucono teraz w błoto. Żyjące nie chcą na nie patrzeć i odruchowo odwracają wzrok ku niebu. Różowawa poświata powoli zaczęła ustępować nadchodzącemu wieczorowi. Mętne oczy istot szaleńczo wpatrzone w rozpostarte nad ich głowami przestworze, szukały w jego gasnącym blasku kogoś z odległych dni wolności.
Młoda kobieta skulona za rzędem pasiastych postaci, nieśmiało uniosła głowę po czym otępiałym wzrokiem obserwowała sunące nad ciemnym dachem blade obłoczki. Niebo jeszcze nie przysłonięte duszącymi oparami z krematorium, przywoływało tęsknotę i wyczekiwanie na upragniony odpoczynek.<br>
Gdzieś w oddali zaszczekał pies, poruszyły się tłumy. Wzdłuż szeregów poczęło narastać szemranie. Kobieta jakby siłą wyrwana z chwilowego zamyślenia, drgnęła porażona nagłym impulsem świadomości. Spojrzała przed siebie ale nie zobaczyła nic poza parą niebieskich oczu obserwujących bacznie każdy jej ruch. „Anioł” – pomyślała nie odrywając wzroku od pozaziemskiej istoty. Na tle zachodzącego słońca złote włosy okalały jej głowę niczym aureola. Anioł zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu. Jego twarz wykrzywiona w grymasie nienawiści i mocno zaciśnięte zęby nadawały mu teraz bardziej realnego wyglądu. Wzrok wielu kobiet w panicznym lęku skierował się na wąskie drzwi baraków, zamkniętych jeszcze, przy których stały funkcyjne kołysząc się miarowo to w przód to w tył. Kobieta poczuła wewnętrzny spokój, kiedy zimna lufa pistoletu dosięgła jej skroni. Z rozchylonych ust, wydobył się cichy, chrypiący głos ledwo słyszany przez najbliżej stojące więźniarki. Posiniała z bólu twarz nabrała dziwnego blasku a rozpalone gorączką oczy zastygły w bezruchu. Anioł uśmiechnął się odsłaniając białe zęby.

Tym razem apel się zgadzał. Zadowolone blokowe zaczęły popędzać zbitą masę w kierunku ciemnych bloków. Wszechobecne dzwonienie misek oznaczało wydawanie kolacji. Każda chciała pierwsza dostać się do dymiącego kotła. Na próżno blokowe próbowały zaprowadzić porządek wymachując kijami nad głowami kobiet. Nic nie było w stanie powstrzymać zgłodniałego tłumu ludzi-cieni.<br>
Anioł tanecznym krokiem ominął miotającą się w konwulsjach kobietę. Szybkim ruchem wytarł z twarzy drobne plamy skrzepłej krwi i odetchnął z ulgą.<br>
Na ciemniejącym horyzoncie, tuż pod czarną linią lasu, wystrzeliły w niebo dwa języki ognia.


Ostatnio zmieniony przez ssaufseherin dnia Pią: 21 Maj 2010, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią: 21 Maj 2010    Temat postu: Zanim umrzesz... /9 historii o Irmie Grese/

#5 DZIESIĄTY KRĄG

Po każdym zabiegu dokładnie myła ręce. Szorowała każdą dłoń z osobna, dopóki nie poczuła na skórze charakterystycznego swędzenia. Mydło źle się pieniło, było szorstkie i wydzielało nieprzyjemny zapach. Gisella Perl po raz trzeci wzięła szarą kostkę i obracając w dłoniach, próbowała wmówić sobie, że jest to skuteczny środek dezynfekcyjny. Potarła mydłem wierzch dłoni, na skórze pojawiło się mocne zaczerwienienie.<br>
Pacjentka nadal leżała na metolowym łóżku z szeroko rozwartymi oczami. Gisella skończyła myć ręce i na powrót podeszła do metalowej konstrukcji łóżka. Nie czekając aż zjawią się sanitariusze, ostrożnie położyła dłoń na twarzy kobiety, zamykając jej powieki, tak jak wszystkim poprzednim zmarłym, których ostatnią powinnością było wydanie na świat żywego lub martwego potomstwa. <br>
Spuściła głowę. W tym dniu odebrała cztery porody, żaden nie zakończył się prawidłowo. Kobieta leżąca teraz przed nią, podzieliła los swego dziecka, które obumarło w jej łonie kilka dni temu. Gisella nie miała odwagi tego powiedzieć nawet wtedy, gdy tamta zapewniała ją, że nie czuje ruchów dziecka.<br>
Wahadłowe drzwi skrzypnęły i do sali weszło dwóch mężczyzn w białych kitlach. <br>
- Możecie ją zabrać – Gisella machnęła ręką i zabrała się do porządkowania narzędzi.<br>
Odwrócona tyłem do sanitariuszy, słyszała jak przenoszą bezwładne ciało na drewniane nosze. Ponowne skrzypnięcie drzwi świadczyło, że młoda Greczynka wyruszyła w swoją ostatnią, ziemską podróż. Do pieca.<br>
Gisella kolejno sprawdzała każde z narzędzi, czyszcząc je i układając w metalowych skrzynkach. Zabrudzone bandaże i gazy, razem z zakrwawionym fartuchem zwinęła w kłębek i wrzuciła do wiklinowego kosza. W sali unosił się metaliczny zapach, którego ona już nawet nie czuła. Oddychała tym powietrzem codziennie, od wielu miesięcy. Oderwała wzrok od przyrządów i spojrzała na szaro-zielonkawe kafelki, którymi wyłożone były ściany sali zabiegowej. Zza podłużnych okien, których szyby zamalowano niedbale białą farbą, dobiegały słabe dźwięki gwizdków wzywających na ciszę nocną. Przeciągłe szczekanie psów pod bramą świadczyło, że w obozie swoją służbę rozpoczyna nachtwacha.<br>
Kiedy już wszystkie narzędzia zostały starannie posegregowane, Gisella ustawiła skrzynki na blacie długiego stołu. Z dolnej szuflady wyjęła brulion i pośpiesznie odnotowała w nim numer zmarłej oraz powód zgonu. Po krótkim namyśle, obracając nerwowo w palcach ułamany kawałek ołówka, nakreśliła w rubryce trzy słowa: „Obustronne zapalenie płuc”.<br>
Przetarła spocone czoło. Owładnęło nią straszliwe poczucie bezradności. Jej ciałem wstrząsnęło obrzydzenie do samej siebie. Kałuża krwi wciąż mieniła się na podłodze w bladym świetle sufitowych lamp. Wzięła szmatę i rzuciła w sam środek rozlanej cieczy. Materiał nasiąkał powoli. Gisella osunęła się na ziemię, z całej siły powstrzymując wzbierające nudności.<br>
Wtedy spostrzegła, że nie jest sama.<br>
Na plecach poczuła czyjeś ciekawskie spojrzenie dochodzące z zewnątrz sali. W jednej z okrągłych szyb jakie zamieszczone były w wahadłowych drzwiach, dojrzała niewyraźny zarys kobiecej twarzy. Umysłem Giselli zawładnął nieokreślony strach przed tym, co miało się niebawem wydarzyć. Późne odwiedziny w sali operacyjnej na bloku dziesiątym nie mogły zapowiadać niczego dobrego. Tym bardziej, że były to odwiedziny niezapowiedzianego gościa. Gisella zmrużyła oczy chcąc rozpoznać postać stojącą za drzwiami i wpatrującą się w nią świdrującym wzrokiem. Korytarz piwnicy tonął w mroku, lekarze już dawno opuścili budynek, udając się na zasłużony odpoczynek. Przed wyjściem, doktor Clauberg kazał jej dokładnie posprzątać całą salę i przygotować narzędzia do kolejnych zabiegów.<br>
- Proszę… – wyksztusiła, nie mogąc zrozumieć powodu nieoczekiwanej wizyty.<br>
Zaciskając usta patrzyła, jak jedno skrzydło drzwi otwiera się wolno, jakby osoba stojąca po drugiej stronie nie była pewna, czy chce wejść. Skrzywiła się, kiedy smukła sylwetka młodej kobiety wsunęła się bezszelestnie do środka sali.<br>
Rozglądała się dookoła, ignorując zdezorientowaną Gizellę. Długo patrzyła w stronę drzwi, upewniając się, że nikt poza nią nie zszedł do piwnicy.<br>
Zapadła martwa cisza.<br>
Gisella wciągnęła gwałtownie powietrze czując narastający zawrót głowy. Jej ciało wypełniło obezwładniające przerażenie. Nikt poza lekarzami i wybranymi członkami załogi obozu nie ma prawa wchodzić do tych pomieszczeń, będących najpilniej strzeżoną częścią bloku numer dziesięć. Jeśli jednak znajdą się osoby, którym w jakiś sposób udało się uzyskać przepustkę i dotrzeć do tego miejsca, to albo są nimi sanitariusze z lazaretu albo najbliżsi współpracownicy lekarzy. Na górnych piętrach bloku znajdowały się sale zamieszkane przez wyselekcjonowane Żydówki, stłoczone po kilkaset na wąskich pryczach. Gisella codziennie wpisywała ich numery do rejestru pacjentów, by po wykonanym zabiegu uzupełnić rubryki adnotacją o przyczynie zgonu.<br>
Kobietę stojącą zaledwie w odległości paru kroków, wielokrotnie widziała na rampie, zawsze wtedy, kiedy przeprowadzano selekcje. Nieraz mijała ją w wąskim przejściu baraku pełniącego funkcję prowizorycznego szpitala. Zawsze pojawiała się w towarzystwie jednego z obozowych lekarzy, najczęściej Josefa Mengele. Było coś pięknego a zarazem porażającego w tych dwojgu, spokojnie kroczących wzdłuż milczących szeregów wynędzniałych kobiet.<br>
Wzdrygnęła się na myśl o dramatycznej sytuacji, w jakiej się znalazła. Któż nie znał esesmanki Irmy, siejącej postrach w Birkenau? Kobiety, z którymi Gisella rozmawiała, często napominały o strażniczce z wilczurem, zjawiającej się niespodziewanie, w najmniej sprzyjających okolicznościach. Wizyta tej kobiety oznaczała śmierć, a w najlepszym wypadku kalectwo dla niejednej więźniarki, dlatego w obozie nie mówiono o niej na głos i tylko sobie wiadomym sposobem ostrzegano pozostałych o zbliżającym się niebezpieczeństwie.<br>
Giselli nikt nie ostrzegł ani nie uprzedził.<br>
Może właśnie to chciała jej powiedzieć Greczynka swoimi wielkimi błyszczącymi oczami, patrzącymi nieruchomo w dal. <br>
Jęknęła, czując wzbierającą w niej rozpacz. Wszystko działo się za szybko. Wieloletnia praktyka lekarska nie mogła przygotować Giselli na taką sytuację. Ktoś doniósł… Niemowlę w zeszłym tygodniu… Może bliźnięta, które czasowo ukryła przed selekcją, przedłużając im życie o parę dni, tym samym ratując ich matkę przed utratą zmysłów… A może złe spojrzenie podczas rewizji… Analizowała każde wydarzenie, każdy błąd jaki mogła popełnić i przez nieopatrzność zwrócić na siebie uwagę tej kobiety o zimnych oczach, pełnych nienawiści do wszystkiego, co żyje i nie jest wystarczająco czyste rasowo. <br>
Gisella była Żydówką. <br>
Należała więc do tych, którzy nie mają prawa żyć dłużej, niż jej na to pozwolą panowie życia i śmierci. Cofnęła się w tył. W małym pomieszczeniu nie było żadnych szans na ucieczkę, mogła tylko stać i czekać na to, co nieuniknione.<br>
Na twarzy kobiety w mundurze błąkał się dziwny, niezrozumiany półuśmiech. Uniesiony kącik ust drżał a wzrok błąkał się od okna do drzwi by ostatecznie napotkać pełne paniki oczy Giselli Perl. Znała doskonale ten uśmiech, zawsze poprzedzał wyjęcie czarnego pistoletu ruchem tak nagłym, że prawie niezauważalnym. Ale tym razem kobieta nie miała przy sobie broni, ani niczego, co mogłoby chociaż kształtem przypominać pistolet.<br>
- Jesteś dobrym lekarzem… A ja potrzebuję teraz dobrego lekarza… - zawiesiła wzrok na rozłożonych narzędziach, przygotowanych do jutrzejszej operacji. <br>
Giselli zdawało się, że nie dosłyszała wszystkiego, co mówiła do niej młoda esesmanka. Nie wiedziała też, jak ma zareagować na słowa by nie dołączyć do tych nieszczęśliwych kobiet, o których cierpieniach tyle słyszała i nieraz sama widziała pracując w rewirze.<br>
- Słucham? – zapytała. Jej wargi były tak sztywne, że prawie ich nie czuła.<br>
Nadzorczyni spuściła oczy, wpatrując się z zainteresowaniem w czubki swoich błyszczących oficerek. Zachichotała pod nosem, ale był to bardzo nerwowy śmiech.<br>
- Wydaje mi się, że jestem w ciąży… - szepnęła nie podnosząc głowy. Zakryła dłonią usta, jak ktoś, kto wstydzi się niechcący wypowiedzianych słów. Chichot przeszedł w nierówny, świszczący oddech.<br>
Gisella zamrugała oczami, brwi uniosły się wyżej, uczucie strachu powoli oddalało się, ustępując miejsca przebłyskom świadomości.<br>
- Rozumiem… - pokiwała głową, wątpiąc w prawdziwość słów esesmanki, ta bowiem znana była z nieprawdziwych historii, jakie o sobie opowiadała. Gisella, jak większość więźniarek z Birkenau uważała, że Irma Grese nie jest w pełni zrównoważona psychicznie. Kolejną sensację przyjęła więc z dużą rezerwą, ciesząc się z możliwości uniknięcia najsurowszej kary.<br>
I kiedy miała już otworzyć usta by wyrazić swoje uznanie, kobieta chwyciła ją za nadgarstek i mocno potrząsnęła całym ramieniem. Gisella drgnęła pod wpływem nagłego gestu. Fala gorąca oblała całe jej ciało. Irma pociągnęła ją w swoją stronę tak, że lekarka bez trudu mogła słyszeć jej przyśpieszony oddech. Strach jaki w sobie stłumiła, ponownie wybuchł i z każdą sekundą stawał się silniejszy. Niewidzialna siła nie pozwalała na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. <br>
Tymczasem słowa esesmanki sączyły się wolno, a ich sens przyprawił Gisellę o nawrót mdłości.<br>
- Przyjdę tu jutro, a ty zrobisz zabieg – syknęła, napawając się lękiem, jaki wzbudzała u każdego swojego rozmówcy. – I zrobisz go najlepiej, jak potrafisz. Wiem, że jesteś dobrym lekarzem… - oczy zwęziły jej się w dwie szparki.<br>
Giselli przez chwilę wydawało się, że straciła zdolność oddychania. Nawet gdyby chciała, nie mogła nabrać głębszego wdechu. Nieświadomie wytrzeszczyła oczy, wciąż niedowierzając w to, co słyszy.<br>
- Rozumiesz o czym mówię? – wyszeptała Irma, wpatrując się w siniejącą twarz Giselli. Palce kobiety jeszcze mocniej zacisnęły się wokół nadgarstka lekarki. Potem stało się coś, czego Gisella nie mogła przewidzieć.<br>
Gwałtowny spazm śmiechu rozdarł ciszę. Usta esesmanki wygięły się w podkówkę, twarz nabrała rumieńców a spojrzenie jasnych oczu przepełniła furia wrogości.<br>
- Zrobisz, co ci każę, albo… - wyrzuciła przed siebie wolną rękę i wczepiła palce w szyję lekarki. –...wiesz, co cię czeka… - zniżyła głos prawie do szeptu. - Bam! - krzyknęła niespodziewanie, prosto w ucho lekarki.<br>
Gisella wrzasnęła. <br>
Zrozumiała, że nadzorczyni powoli tracić nad sobą panowanie. Jeszcze chwila, a stanie się coś bardzo złego, jak wtedy, na apelu. Myśli Giselli wirowały w zastraszającym tempie. Gdyby mogła, wykrzyczałaby tej bestii cały swój strach i nienawiść. Gdyby tylko mogła!
Ale teraz nie była w stanie przełknąć śliny, nie mówiąc o możliwości wypowiedzenia czegokolwiek. Palce esesmanki ścisnęły jej gardło. Zakrztusiła się. <br>
Bliskość znienawidzonej kobiety była dla niej torturą nie do zniesienia.<br>
Chociaż czuła dławiącą niechęć do kontynuacji rozmowy, z wbitymi w szyję paznokciami, wysłuchała do końca wszystkich gróźb i konsekwencji, do jakich zostanie pociągnięta jeśli nie zrobi tego, o co została poproszona. <br>
Potem z ulgą stwierdziła, że zacisk dłoni na gardle rozluźnił się. <br>
- To jeszcze nie koniec – oświadczyła stanowczo Irma – Jeśli ktokolwiek dowie się, że tu byłam… - musnęła palcem szary skrawek materiału przyszyty do fartucha Giselli na wysokości jej lewej piersi – …jak myślisz, co się wtedy stanie?<br>
Gisella poczerwieniała. Nie odezwała się ani słowem.<br>
- Przyjdę jutro, bądź tego pewna. – oddaliła się w stronę drzwi. Widząc niepewną minę lekarki, przyłożyła palec wskazujący do ust, posyłając jej na do widzenia nieśmiały uśmiech.
Wyszła, zostawiając Gisellę samą wśród zimnych, medycznych sprzętów. Nawet brzęczące żarówki, zdawały się powtarzać słowa esesmanki:<br>
Co się stanie, jak myślisz? Co się stanie?... <br><br>

Doktor Carl Clauberg nieprzerwanie od godziny wpatrywał się w okular mikroskopu, co pewien czas wymieniając małe szkiełka z fragmentami tkanek. Twarz miał ściągniętą, w surowym skupieniu, ruchy rąk płynnie wędrowały od skrzynki z próbkami do obiektywu. Co chwila słychać było dobiegające z jego strony ciche pomruki, kiedy zapatrzony na badany obiekt, analizował wyniki badań. Oderwał wzrok od mikroskopu i pstryknął palcami.<br>
Gisella siedziała w drugim końcu sali, na obrotowym stołku i uzupełniała rejestr więźniarek, przywiezionych rano z Birkenau. Jednak jej myśli zaprzątała całkiem inna sprawa, niż współczucie dla kobiet przeznaczonych na doświadczenia medyczne.
Nie zauważyła, jak wokół doktora Clauberga zebrała się grupa trzech innych lekarzy, z zainteresowaniem wysłuchujących monologu profesora. Ton jego głosu wyrażał duże podekscytowanie, towarzyszyły temu zamaszyste gesty rąk, podkreślające wagę wypowiadanych słów. Lekarze potakiwali głowami i oglądali próbkę włożoną pod obiektyw. Jeden z nich robił szybkie notatki, nie chcąc pominąć żadnego ważnego słowa. <br>
Clauberg wyprostował się, przywołując Gisellę skinieniem ręki. Przerwała pisanie i podeszła bliżej powłócząc nogami. <br>
- Proszę przyprowadzić pacjentkę – mrugnął swoimi okrągłymi oczami, które zza grubych okularów wyglądały na jeszcze większe niż były w rzeczywistości. – Tu jest pismo – dokończył, podając wytłamszoną kartę ze służbowym stemplem. Odwrócił się do mikroskopu i włożył nowe szkiełko. Po chwili cała czwórka ponownie wpatrywała się w nadzwyczaj interesujący preparat pod nazwą „Ampulla”.<br>
Gisella zamaszystym krokiem przeszła przez cały długi korytarz piwnicy, do którego nigdy nie docierało słoneczne światło. Przy schodach prowadzących na parter stał wartownik z przewieszonym przez ramię karabinem. Gisella posłała mu przelotne spojrzenie i bez słowa skierowała się do pierwszych drzwi. Zapukała dwukrotnie, w szparze ukazała się pucołowata twarz funkcyjnej więźniarki. Lekarka podała jej kartkę i wycofała się do tyłu. <br>
Blokowa, ciężkim ospałym krokiem wytoczyła się na korytarz. W jednej dłoni trzymała pęk kluczy na metalowej obręczy, w drugiej dzierżyła drewniany kij, niczym berło władcy. Obie przeszły do następnych drzwi. Funkcyjna z czarnym winklem, sapiąc z niezadowolenia, wybrała odpowiedni klucz i wsunęła do zamka. Jak na rozkaz, spod brudnych kocy ukazały się ogolone głowy więźniarek z wyzierającymi strachem oczami i sinymi, drżącymi wargami.<br>
Blokowa, tłusta Niemka o podwójnym podbródku, rozkroczyła się we framudze drzwi, wydając z siebie zachrypnięty, gardłowy wrzask i bacznie obserwując reakcję kobiet.<br>
- Więzień numer 52475! – zadarła głowę do góry, próbując dojrzeć, co dzieje się na trzeciakach.<br>
Wśród kobiet zapadła cisza, patrzyły po sobie, niektóre sprawdzały naszyte na pasiakach numery. Żadna nie zgłosiła obecności wyczytanego numeru.<br>
Stukając końcem kija w cholewy skórzanych butów, Niemka zaczęła przeciskać się przez wąskie przejścia pomiędzy pryczami. Nagłym ruchem ręki, zdzierała z leżących, zakurzone koce, wzbijając w powietrze tumany pyłu. <br>
- No dalej, która to? – ryczała, chwytając pulchnymi palcami blade ciała, sparaliżowanych kobiet i potrząsając nimi, jak bezwładnymi kukłami.<br>
Znalazła ją wciśniętą między dwie inne, tak samo blade i wystraszone, nie potrafiące wyjaśnić powodu swojego milczenia. W furii wyrzuciła ją na podłogę i kopniakami skierowała w stronę wyjścia. Kobieta chwiejnym krokiem, podeszła do Giselli, odsłaniając przedramię z numerem.<br>
Na widok pacjentki, twarz Clauberga rozjaśniła się.<br>
- Drugie naświetlanie – powiedział, naciągając na dłonie gumowe rękawiczki.<br><br>

Spoglądały na siebie w zastygłym milczeniu, czekając, aż któraś przerwie nieznośną ciszę. <br>
- To siódmy… może ósmy tydzień… - uniosła w górę dłoń, zakreślając w powietrzu przybliżoną wielkość zarodka. – Jest mniej więcej taki…<br>
Odległość kciuka od palca wskazującego była nie większa niż dwa centymetry.<br>
Irma znieruchomiała, na jej woskowej twarzy pojawiły się słabe rumieńce.<br>
- Czyżby..? – skierowała wzrok na dłoń Giselli, którą miała tuż przed sobą. Pociągnęła nosem a kąciki ust uniosły się nieznacznie w górę.<br>
- Czy wiesz, że twojemu dziecku bije już serce? – lekarka poprawiła chustkę, spod której wypełzły niesforne kosmyki czarnych włosów. <br>
Kobieta osunęła się na fotel. Uśmiech zastąpił wyjątkowo tępy wyraz twarzy.<br>
- Więc rób, co do ciebie należy – ręką wskazała małe zawiniątko na blacie stołu. –Przyniosłam wszystko, co potrzebne. <br>
W oczach Giselli pojawił się strach. Nadal siedziała na obrotowym stołku, szukając racjonalnego wytłumaczenia tego, co działo się dookoła niej. Esesmanka spojrzała na Gisellę wzrokiem pełnym wyniosłości.<br>
- Narzędzia, o które prosiłaś… – uniosła się nieznacznie na łokciach.<br>
Lekarka zerknęła z ukosa na zawiniątko. Faktycznie, kobieta miała je ze sobą, kiedy zjawiła się dzisiejszego popołudnia na bloku dziesiątym.<br>
- Racja… - szepnęła, czując zbliżający się atak duszności. Przez cały dzień starała się wmówić sobie, że ta chwila nigdy nie nadejdzie.<br>
„Co się wtedy stanie, jak myślisz?”<br>
Podeszła do stołu i rozwinęła bawełniany materiał, szczelnie chroniący całą jego zawartość. Opuszkami palców dotknęła narzędzi, metaliczny dźwięk jaki wydobywał się, gdy stykały się jedno o drugie, wywoływał w Giselli zimne dreszcze.<br>
Kiedyś było inaczej. <br>
- W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją… - wciągnęła głęboko powietrze. <br>
Światło lampy odbiło się na rękojeści wziernika. Bez namysłu wybrała najpotrzebniejsze narzędzia i ułożyła je na suwanym stoliku, według kolejności, w jakiej będą używane.<br>
Odwróciła się do pacjentki ale nie zdążyła wypowiedzieć ani jednego słowa. Krzyk uwiązł jej w gardle a serce skurczało się i rozszerzało w przyśpieszonym tempie.<br>
Na piersi poczuła zimną lufę pistoletu. <br>
Charakterystyczny zgrzyt odbezpieczanej broni zdawał się zagłuszać wszystkie najstraszniejsze myśli Giselli.<br>
- Jedno słowo… jeden strzał… - esesmanka wyszczerzyła zęby – Jeśli ktokolwiek dowie się, o tym zdarzeniu… zabiję cię. – wyszeptała. – I niech to będzie naszą tajemnicą. Wiesz co zrobią, jeśli nas tu znajdą… jeśli dowiedzą się, że mnie dotykałaś? <br>
„Jak myślisz, co się stanie?”<br>
W skroniach poczuła ostre pulsowanie. Irma dała znak oczami. Lekarka, aż za dobrze wiedziała, co oznacza to spojrzenie.<br>
- Na co czekasz? – zachichotała, szturchając Gisellę lufą czarnego Walthera. - Zaczynaj…- dokończyła bez większego przekonania w głosie.<br>
Potem położyła się, odwracając głowę w bok i leżała nieruchomo, sapiąc ze wściekłości, dopóki nie było po wszystkim.<br><br>

Nie mogła się skupić. Nie mogła zebrać myśli. Na czole pojawiły się krople potu. Ciemny wylot lufy, nieprzerwanie skierowany był w jej stronę. Gdzieś, w dalszej części bloku rozległy się podniesione głosy. To funkcyjne ogłaszały bettruhe, zmuszając mieszkanki do zachowania przepisowej ciszy.<br>
Z nagłym szarpnięciem, poderwała się w górę, wyprężając ciało. Wlepiła nieprzytomne spojrzenie w twarz lekarki. Stalowy zacisk dosięgnął ramienia Giselli. Rozczapierzone palce esesmanki wyglądały niczym szpony drapieżnego ptaka, zatopione w fałdach białego fartucha. Zsuwając się w dół, paznokcie ryły w jej skórze krwawe pręgi. Jęknęła i zacisnęła zęby. Źrenice kobiety powiększyły się do nienaturalnych rozmiarów, przysłaniając jasne tęczówki. Chwyciła zesztywniałą rękę Irmy i spróbowała oderwać ją od siebie. Jak najdalej. Palce ani drgnęły, co gorsza zacisnęły się jeszcze mocniej, powodując niewyobrażalny, pulsujący ból. Dłoń, w której trzymała narzędzie zaczęła drętwieć. Z całych sił powstrzymywała się przed pokusą wymierzenia esesmance siarczystego policzka.<br>
Wyprostowana noga wyślizgnęła się ze strzemienia a stopa z rozmachem uderzyła Gisellę w skroń. Lekarka odskoczyła w tył, potrącając ruchomy wózek. Zachwiała się, w ostatniej chwili łapiąc równowagę. Strącone narzędzia z brzękiem uderzyły o posadzkę. Złapała się za głowę i nerwowo zamrugała oczami. Szum w czaszce przysłonił wszystko naokoło. <br><br>

Dopiero gdy zeszła z fotela, zauważyła, że po jej udach ściekają bordowe strużki krwi. Stopy ślizgały się po podłodze. Zatoczyła się i upadła w połowie drogi do drzwi. Klęcząc, zwinęła się w kłębek, przyciskając dłonie do podbrzusza. <br>
- Co mi zrobiłaś?! – wrzasnęła.<br>
Krzyk odbił się echem od zielonkawych kafelków. Spróbowała wstać, ale zdołała jedynie wyciągnąć rękę w stronę pistoletu. Nie dosięgła go, z powrotem skuliła ciało, podginając kolana. Dyszała, z głową tuż przy samej podłodze.<br>
- To, o co mnie prosiłaś… - Gisella rozwiązała fartuch. Walther leżał tuż przy jej nodze. Kopnęła go w przeciwległy kąt sali. Minie dużo czasu, zanim kobieta doczołga się po swoją własność. O ile w ogóle starczy jej sił na wykonanie paru kroków.<br>
- Jesteś dobrym lekarzem… - esesmanka podniosła głowę, wpatrując się obłąkanym wzrokiem w swoją dłoń. – Niemcy potrzebują dobrych lekarzy… - Na policzkach ukazały się plamy, prawie tak samo czerwone, jak palce, na które patrzyła z zafascynowaniem. Wyciągnęła do niej drżące ramię. Gęsta krew spływała aż do łokcia. – Jaka szkoda, że musisz umrzeć… <br><br>

Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie, ciemnym korytarzem, na samo dno Piekła. Gisella przechylona w pół, osunęła się na ziemię. Skostniałe dłonie skrzyżowała na piersi, chcąc spowolnić szaleńcze bicie serca. Potem zatkała uszy by nie słyszeć złowieszczych jęków zza ściany. Spojrzała błyszczącymi oczami w ciemną przestrzeń przed sobą.<br>
O tak, Gisella Perl była bardzo dobrym ginekologiem.<br>
- Bóg cię ukarze… - szepnęła przymykając powieki. – Bóg ukarze morderców…<br><br>

Po każdym zabiegu zawsze dokładnie myła ręce, każdą dłoń z osobna, do momentu, aż swędzenie naskórka potwierdziło, że dezynfekcja została przeprowadzona prawidłowo. Stojąc nad zlewem myślała o jutrzejszym asystowaniu podczas odbierania mnogiej ciąży. Na bloku dziesiątym od kilku dni mówiono tylko o tym. Na pokaz zaproszono całą lekarską elitę. Doktor Clauberg dostanie nowe preparaty, Mengele upragnione bliźnięta. Nie wolno jej zmarnować tak ważnego materiału poglądowego, nie tym razem.<br>
Złapały ją torsje. Dziecko żegnało się ze światem.<br>
- Cokolwiek bym podczas leczenia, czy poza nim, z życia ludzkiego ujrzała, czego nie należy na zewnątrz rozgłaszać… - przechyliła metalową nerkę nad odpływ zlewu. Krew już zaczynała ścinać się na powierzchni tworząc cienką warstwę zawiesiny. - …przechowam w milczeniu, nigdy nikomu nie wydając tego. - odkręciła zawór.<br>
Spod kranu, pod dużym ciśnieniem, buchnął zimny strumień wody.<br>
Mydło źle się pieniło. Skrzywiła się, sapiąc ciężko. Ręce swędziały coraz bardziej. Tarła wierzch dłoni i patrzyła, jak woda zmywa z niej to, co złe i grzeszne. <br>
Po lejkowatej jamie odpływu, wolno ściekały smugi krwi, zataczając coraz węższe kręgi. <br>
„Co się wtedy stanie? Jak myślisz?”


#6 LUDZIE, KTÓRZY PATRZYLI

Redakcja „ The Wiltshire Chronicle” zajmowała jedno piętro niewysokiej kamienicy stojącej tuż przy samym centrum. Richard Lowson od dłuższego czasu starał się zdobyć posadę dziennikarza w lokalnej gazecie miasteczka Trowbridge, w południowo-zachodniej Anglii. Niedawno ukończone studia na jednej z prestiżowych, brytyjskich uczelni nie wystarczyły by mógł objąć wymarzone stanowisko. Po trzeciej, nieudanej próbie gotów był zrezygnować. W małym, sennym mieście niewiele się działo, tak więc dziennikarze nie mieli tu nic specjalnego do roboty. Za każdym razem, gdy siedział w obitym skórą fotelu patrząc pełnym nadziei wzrokiem na mężczyznę po drugiej stronie masywnego stołu, tamten rozkładał bezradnie ręce, kiwając głową ze współczuciem.<br>
Może to był czysty przypadek a może właśnie wtedy los się do niego uśmiechnął. Przeglądając w miejskim archiwum stare numery jednego z krajowych dzienników, jego uwagę przykuł reportaż z wyzwolenia obozu w Bergen-Belsen. Richard rozejrzał się dookoła ale w zasięgu wzroku nikogo nie zauważył. Schowany za wysokim regałem, nie zastanawiał się długo. Jednym ruchem ręki wydarł stronę z artykułem po czym starannie złożył kartkę na pół i wsunął do kieszeni płaszcza. Przed oczami migały mu czarno-białe niewyraźne urywki filmu z odrażającymi ujęciami nagich, ludzkich zwłok. Idąc do domu, Richard wiedział już o czym będzie jego dziennikarski debiut. Uśmiechając się do siebie, wsunął dłoń w kieszeń płaszcza i wymacał palcami leżącą na jej spodzie małą kartkę.<br><br>

Nie mógł sobie przypomnieć, jak dokładnie wyglądały następne dni, spędzone na wielogodzinnym poznawaniu jednego z najbardziej mrocznych epizodów ostatniej wojny. Siedząc w bibliotekach i archiwach, przy świetle padającym spod zielonkawego klosza lampy, spisywał wstrząsające relacje ocalałych więźniów a także tych, którzy wyzwolili obóz określany w artykułach prasowych mianem piekła na ziemi. Jeszcze tydzień temu, nazwa Bergen-Belsen niewiele mu nie mówiła, ba, nawet nie wiedział, gdzie to jest. Zgrabnym charakterem pisma zapełniał kolejno puste strony notatnika, w którym oprócz tekstów, wklejał także wybrane wycinki z gazet.<br>
Wróciwszy pewnego wieczoru z archiwum, w mieszkaniu Richarda rozległ się donośny sygnał
telefonu. Podszedł do aparatu, uniósł słuchawkę i przyłożył do ucha. Stał nieruchomo wodząc oczami po pokoju i przytakując rozmówcy krótkimi zdaniami. Po paru minutach rozmowy, zmienił rękę, w której trzymał słuchawkę i potarł bolące ucho. Usadowił się w bujanym fotelu i słuchając uważnie głosu rozmówcy, pozostał w nim jeszcze przez dłuższy czas.<br><br>

Siedzieli w barze przy obskurnym stoliku, na którym ktoś, jakby od niechcenia, ustawił szklany wazonik ze sztucznymi kwiatami. Richard wygładził dłonią brzeg poszarzałego obrusu i przeniósł wzrok na mężczyznę siedzącego na przeciwko. Po chwili wyjął paczkę papierosów i gestem zachęcił rozmówcę do poczęstowania się.<br>
Twarze obu mężczyzn przysłonił dym.<br>
- Więc był pan tam... wtedy... w obozie... - Richard odchrząknął nie mogąc zebrać myśli. Ręka, w której trzymał papierosa teraz lekko drżała. Leżący przed nim notatnik wciąż był nietknięty.<br>
- Wyzwoliliśmy obóz w połowie kwietnia... To był dość słoneczny dzień i prawie tak ciepły jak dzisiejszy... Gdy byliśmy już na miejscu a załoga obozu wyszła do nas w białych opaskach na rękawach, wtedy wjechaliśmy na teren lagru i mogliśmy dokładnie wszystko obejrzeć. Naszym oczom ukazał się widok tak przerażający, że nawet dziś powraca on do mnie we snach. W obozie trwał właśnie apel. Pierwsze, co zobaczyliśmy, to były trupy. Żywe szkielety obciągnięte skórą idące w naszą stronę i te martwe... - mężczyzna zamyślił się przez chwilę przywołując w pamięci koszmarne obrazy z przeszłości. - Były ich dziesiątki... setki... tysiące... Były dosłownie wszędzie.<br>
- Widziałem film... - wtrącił Richard wydychając dużą porcję dymu.<br>
- Widzieć to na filmie, panie Lowson, a być tam wtedy, to duża różnica.- Nachyliwszy się ku Richardowi, mężczyzna kontynuował rozmowę przyciszonym głosem. - Leżały na całym terenie obozu. Smród gnijących ciał osiadał na nas... Nasze ubrania, włosy przesiąknięte były tym odorem ludzkiego mięsa. Większość z tych zwłok była już w stanie rozkładu ale były też świeże, patrzyły na nas swoimi wybałuszonymi oczami. Nawet teraz, kiedy z panem rozmawiam, mam to przed sobą, o tu... - mężczyzna postukał palcem w swoją skroń. - Tego się nie zapomina, panie Lowson... Tego po prostu nie da się zapomnieć!<br>
Richard czuł, jak narastająca w gardle gula uniemożliwia mu nabranie głębszego oddechu. Zgasił papierosa. Trzymane w ręku pióro upadło na otwarty notatnik. Kropla atramentu wsiąkała w papier tworząc na gładkiej powierzchni idealnie okrągłą plamę.<br>
- Oh… - jęknął mężczyzna, jakby przypominając sobie coś bardzo ważnego. - Pamiętam też sprawę niejakiej Irmy Grese... – jego szorstki głos ciął powietrze niczym nóż. - Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, tam, w Belsen, wydała mi się najbardziej potworną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Mój Boże… - westchnął i opadł na oparcie krzesła. - Było to zaledwie parę miesięcy temu...<br>
Ostatni klienci powoli opuszczali restaurację. Płacili rachunki posyłając młodej kelnerce przelotne uśmiechy. Na zewnątrz niebo przybrało barwę ciemnego granatu. Zawieszona u sufitu lampa rzucała blade światło na sylwetki dwóch mężczyzn bez reszty pogrążonych w prowadzonej rozmowie. Pióro Richarda poruszało się szybkimi, kolistymi ruchami, kreśląc na papierze zapis tragicznej przeszłości.<br><br>

W nocy nawiedzały go paskudne koszmary. Ogromna, włochata bestia z błękitnymi ślepiami rozrywała mu wnętrzności. Obudził się z krzykiem. Zerwał się z łóżka czując palący ból w gardle. Przetarł dłonią spocone czoło. Wciąż dysząc, wstał i wyjął z szafy podróżną torbę, do której zaczął wrzucać najpotrzebniejsze rzeczy. Po upływie godziny był gotowy. Niedbale zarzucił na ramiona długi płaszcz i w pośpiechu opuścił mieszkanie.<br><br>
Zaczął przepychać się przez tłum w stronę miejsca dla reporterów. Była wczesna godzina a mimo to wzdłuż Lindenstrasse gromadziły się grupy gapiów. Richard spostrzegł, że w przeważającej większości są to młodzi ludzie. Dzieciaki uwieszone na szlabanach pomalowanych w czarno-białe pasy wymachiwały rękami w kierunku dziennikarzy. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Wąską przestrzeń pomiędzy niewysokimi kamienicami o czerwonych, spadzistych dachach wypełniał szmer prowadzonych rozmów. W powietrzu unosiła się nieznana aura ogólnego podniecenia i Richard doskonale to wyczuwał. Przed wejściem do budynku sądu wartę pełniło dwóch uzbrojonych mężczyzn w mundurach armii brytyjskiej. W uchylonych drzwiach można było dojrzeć wychylające się co pewien czas sylwetki żołnierzy z Royal Military Police.<br>
Richard oblizał językiem spierzchnięte usta i zajął dogodne dla siebie miejsce pomiędzy barczystym mężczyzną z łysiną a bladym jegomościem natrętnie zagryzającym dolną szczękę. Odgłos jaki wydobywał się z jego ust w momencie zaciskania zębów przyprawiał Richarda o ciarki. Przez cały czas próbował opanować lekkie drżenie rąk ale wzmagający w nim strach przed tym co nieznane, stanowiły dla niego przeszkodę nie do pokonania. Ostrożnie wyjął ze skórzanej obudowy najnowszy aparat, który zakupił z myślą o wyjeździe i reportażu o bestiach z Belsen. Przez chwilę wiercił się niespokojnie regulując ostrość oraz sprawdzając czy wszelkie ustawienia na pewno są właściwe. Przeczesał dłonią włosy i ponownie oblizał dolną wargę. Pojawienie się nowych wojskowych świadczyło, że chwila, w której stanie oko w oko ze skazanymi zbliża się nieuchronnie. Mężczyzna z łysiną wyjął brulion w skórzanej oprawie i zaczął coś nerwowo na nim kreślić. Z prawej strony do uszu Richarda wciąż dochodziły miarowe odgłosy zgrzytania.<br>
- To nasz dzień, z pewnością – mężczyzna z łysiną przerwał pisanie i spojrzał na Richarda posyłając mu „oko”. – A te bestie zasługują na wieczne potępienie – ciągnął, nie zważając na to, czy ktokolwiek podziela jego zdanie. Ponownie zaczął bazgrolić niewyraźne kształty. Richard pomyślał, że zamiast notatek, kreśli zwykłe szlaczki, tak jak ludzie, którzy siedząc w biurze nie mają nic ważnego do roboty.<br>
- Uhm… - mruknął i po raz trzeci tego dnia dokręcił mocniej lampę, gwint żarówki wydawał cichy pisk. <br>
Tłum gapiów, lekko podenerwowany wyczekiwaniem zaczął mocniej napierać na ustawione wzdłuż ulicy szlabany. Pilnujący porządku policjanci tłumaczyli coś zebranym ale Richard stał zbyt daleko by cokolwiek dosłyszeć. Raz po raz ktoś z tłumu wykrzykiwał pojedyncze słowa w niezrozumiałym dla niego języku. Z tonu głosu mógł jedynie wywnioskować, że nie były to przyjazne zawołania. Policjanci z założonymi z tyłu rękami wymienili między sobą uważne spojrzenia.<br>
Aparat zaczął mu ciążyć, był duży i miał doczepianą lampę błyskową w kształcie talerza z żarówką pośrodku. Dlatego Richard odetchnął z ulgą, kiedy na horyzoncie pojawiły się pierwsze wozy eskortujące oskarżonych. Odruchowo zacisnął mocniej dłonie na obudowie, unosząc aparat nieco wyżej, na wysokość klatki piersiowej. Krew w skroniach zaczęła mu szybciej krążyć, Richard czuł ich miarowe pulsowanie. Wyciągnął głowę w górę, chcąc lepiej rozeznać się w sytuacji. Tymczasem oczom zgromadzonym ukazały się trzy ogromne samochody, które z potężnym warkotem minęły zakręt i skierowały się na plac przed budynkiem sądu. Nie czekając na pozostałych, zaczął przesuwać się do przodu, przyciskając do siebie aparat. Nie była to rzecz łatwa do wykonania bowiem nie tylko on wpadł na ten pomysł. Teraz mógł odnieść wrażenie, że płynie niesiony wraz z innymi. Kształt wojskowych ciężarówek z każdą chwilą przybliżał się do niego coraz bardziej, teraz on sam wyraźnie dojrzał pierwsze sylwetki skazanych wyłaniających się z ich wnętrza. Poprawił przewieszoną przez ramię torbę ale w tym samym momencie poczuł mocne szturchnięcie w bok.<br>
I jeszcze jedno. <br>
I następne. <br>
Przed sobą zobaczył rozłożyste plecy mężczyzny z łysiną. Z tyłu nacierali pozostali, tacy jak on, żądni sensacji dziennikarze. Coraz trudniej przychodziło mu zaczerpnięcie oddechu. Odwróciwszy się w bok doznał wrażenia, że zbita masa ludzi i sprzętów chce go zgnieść. Ramię, na którym miał przewieszoną torbę zaczęło pulsować bólem. Znów szturchnięcie, niby nieumyślne. Każdy chciał być pierwszy i Richard zadawał sobie z tego sprawę. Uderzenie gorąca rozchodziło się po całym jego ciele. Spróbował wyminąć barczystego mężczyznę ale za drugim razem dał za wygraną. Okrzyki skandującego tłumu docierały do niego jakby zza ściany mgły. Wypchnięty kolejnym, nagłym szturchnięciem, przetoczył się w stronę szpaleru utworzonego z żołnierzy RMP i zachwiał się tracąc prawie równowagę. Teraz doskonale słyszał dzikie wrzaski przeplatane groźnymi wyzwiskami rzucanymi w stronę oskarżonych. Kobiety potrząsały uniesionymi w górę zaciśniętymi pięściami, ich wykrzywione w nienawiści twarze budziły w Richardzie odrazę i niepokój. Z ogólnego bełkotu jaki wydobywał się z rozwartych gardeł mieszkańców Lüneburga, Richard zdołał wyłowić dwa, doskonale już mu znane słowa, które spowodowały, że czas jakby na chwilę zwolnił swój bieg.<br>
- Irma Grese! Irma Grese! - skandowały tłumy wypluwając z siebie złowieszcze słowa. <br>
Jego wzrok odruchowo powędrował do miejsca, na którym skupiła się uwaga wszystkich obecnych ale spomiędzy zwartego kordonu policji i rzucających się, niczym w szale opętania dziennikarzy, dojrzał jedynie przemykające niewyraźne sylwetki mężczyzn z założonymi na wysokości klatki piersiowej białymi przepaskami. <br>
Ruszył z miejsca powodowany nagłym impulsem. Po chwili dołączył do tłoczącego się tuż przy drzwiach wejściowych zbiorowiska dziennikarzy. Torując sobie drogę jedną ręką, drugą wciąż osłaniał aparat. Oczami wyobraźni widział jak redaktor z uśmiechem na twarzy potrząsa jego dłonią. „To twoja jedyna szansa, nie zmarnuj jej!” – wewnętrzny głos podświadomości przezwyciężył wszelkie obawy Richarda. „Masz już tą pracę! Wreszcie zdobędziesz wymarzone stanowisko!” Zacisnął mocno powieki. „To nasz dzień” – usłyszał ponownie słowa barczystego mężczyzny – oczy Richarda rozbłysły nagłym uderzeniem euforii. Z impetem przeciskał się do środka zbitej ludzkiej masy. Nie zważał na kierowane pod jego adresem kąśliwe uwagi. Człowiek, któremu przed momentem nadepnął na nogę zaklął pod nosem, kierując w jego stronę obelżywe słowa. <br>
I wreszcie.
Richard odrzucił do tyłu głowę i nabrał w usta głęboki wdech. <br>
Przed sobą miał już tylko sylwetkę jednego z tych żandarmów, których zadaniem była ochrona oskarżonych przed zlinczowaniem. Rozszalały tłum gapiów ryczał teraz bez przerwy wyrzucając z siebie napawające grozą słowa.
Odwrócił się z powrotem w stronę oskarżonych, prowadzonych właśnie wzdłuż ściany budynku. Jeden za drugim szli kolejno ze spuszczonymi głowami eskortowani przez żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami, gotowymi w każdej chwili do wystrzału. Wzdrygnął się i zaczął wodzić oczami po twarzach oskarżonych.
I wtedy ją zobaczył.
Czas ponownie spowolnił swój bieg.
Richardowi zdawało się jakby mijające sekundy były najdłuższymi sekundami w jego życiu.
Na jej widok żołądek podszedł mu do gardła. Zupełnie jak wówczas, po przebudzeniu z koszmarnego snu, poczuł palącą suchość w gardle. Niebieskie oczy bestii patrzyły wprost na niego. Uniósł w górę aparat i nacisnął spust migawki.



Ostatnio zmieniony przez ssaufseherin dnia Nie: 12 Lis 2017, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią: 21 Maj 2010    Temat postu: Zanim umrzesz... /9 historii o Irmie Grese/

#7 WIERNA SIOSTRA

Była też na sali sądowej i ta młoda kobieta, która wywołana głosem przewodniczącego Majora Ficklina, wstała i wolnym krokiem przeszła wzdłuż sali, kierując się do pulpitu. Zebrani dokładnie widzieli jej wątłą sylwetkę, sunącą pomiędzy stołem sędziowskim a ławą oskarżonych. Sączące się z góry mocne światła lamp, ukazały twarz bladą i naznaczoną od dawna skrywanym bólem. Na chwilę zapadła całkowita cisza, a potem z miejsca dla reporterów dosłyszeć można było pojedyncze strzały migawek.<br>
Kobieta patrzyła przed siebie, wzrokiem mętnym i nieobecnym. Dłonie położyła równolegle na spódnicy. Później ściskała je w pięści, dopóki pod napiętą skórą nie zajaśniały białe wypukłości stawów kostnych.<br>
Niektórzy patrzyli na nią z nieukrywanym zaciekawieniem. Nie chciała, żeby patrzyli. Czuła na sobie ich przenikliwy wzrok, pełen pogardy, może nienawiści. Zwłaszcza oczy siedzących najbliżej powodowały u niej nagłe skurcze serca. Były zimne, nieczułe, obojętne.<br>
Patrzyli z każdej strony. Znad okularów, spod pochylonych głów, wspartych dłońmi dla niepoznaki, zza obiektywów i spod daszków wojskowych czapek. Ich wzrok wdzierał się do jej świadomości, wsiąkał w nią, nie pozwalając zapomnieć gdzie jest i po co tu przyszła. Chcieli tylko, żeby potwierdziła to, o czym oni wiedzieli i czego od niej oczekiwali.<br>
Potem sami wydadzą osąd. <br>
Więc zrobi tak, jak chcą. Przywoła wspomnienia, wykrzyczy cały swój żal. Pamięć podsunie jej obrazy z przeszłości.<br>
Po sali przetoczył się ogólny szmer rozmów i szelest przewracanych kartek. Nie chciała tu być. Robiła to dla niej, tylko dla niej. I właśnie dlatego zgodziła się zeznawać.
Światło ją drażniło. Uniosła nieznacznie głowę, mrużąc powieki. Wtedy usłyszała męski głos, tuż nad sobą. Spojrzała w bok. Nie myliła się, stał przy niej, opierając dłonie na blacie pulpitu. I patrzył się na nią, jak wszyscy wokół. Wojskowa czapka z daszkiem rzucała cień na całą jego twarz. Tylko małe, świdrujące oczy zdradzały jakikolwiek ruch. Westchnęła cicho. Mężczyzna w mundurze kiwnął głową i przychylił nieznacznie ciało przez barierkę pulpitu, przy którym siedziała.<br>
- Proszę powiedzieć sądowi, kim jest świadek dla oskarżonej? – zapytał wymieniając z kobietą porozumiewawcze spojrzenie. <br>
Zawahała się. <br>
- Jestem jej siostrą…

***

Dzieci wybiegły z piskiem na niewielki plac. Poczęły szturchać się nawzajem i przekrzykiwać. Wokół unosiła się mgiełka wzbitych w powietrze drobin piasku. Dzieci podskakiwały radośnie wokół niewielkiego ogródka. Grupa dziewczynek patrzyła się ciekawskim wzrokiem w stronę chłopców. Niektóre przechadzały się w parach, gładząc dłońmi fałdy szkolnych fartuchów, inne poprawiały wpięte we włosy wstążki. Ich różnorodność kolorystyczna sprawia, że wyglądały niczym drobne kryształki, mieniące się w świetle słońca. Dziewczynki chichotały, a na ich okrągłych buziach pojawiły się nieśmiałe rumieńce. Jeden z chłopców także chciał zwrócić na siebie uwagę roześmianych młodych dam. Dopadł do pierwszej, która stała nieopodal niego i sprawnym ruchem, pociągnął ją za warkocz, ściągając kokardę. Potem szczerząc zęby, podbiegł do kolegów, pokazując im zdobyte trofeum. Dziewczynka wrzasnęła, nie spodziewając się nagłego ataku. Zauważywszy brak jednej z kokard, rozpłakała się.<br>
- Oddaj mi ją! – krzyknęła. – Oddaj natychmiast!<br>
Chłopcy, nic sobie nie robiąc z jej słów, zaczęli przedrzeźniać jej stanowczy ton. <br>
- Jeśli chcesz ją mieć, to spróbuj mi ją odebrać! – pokazał dziewczynce swój długi język i wraz z innymi chłopcami odskoczył do tyłu - No chodź, boisz się? Zobacz, mam twoją kokardę! – pomachał ręką w jej kierunku. Spod zaciśniętej pięści wystawał kawałek błękitnej wstążki.<br>
Pozostałe dziewczynki przerwały zabawę, spojrzały się w ich stronę.<br>
- Oddaj jej to! – podniosły się zewsząd dziecięce głosy.<br>
Oczy chłopca jeszcze bardziej rozbłysły i jeszcze mocniej zacisnął trzymaną w ręku wstążkę.<br>
Dziewczynka tupnęła nogą.<br>
- To moje! – krzyknęła ponownie, widząc, że szybko nie odzyska swojej rzeczy. Dzieci otoczyły ją półkolem.<br>
Wtedy w drzwiach budynku pokazała się wysoka, młoda nauczycielka. Parokrotnie machnęła dużym dzwonkiem, oznajmiając koniec przerwy. Dzieci pobiegły do klasy, wymijając stojącą na środku placu dziewczynkę. Ktoś potrącił ją ramieniem, ktoś inny uśmiechnął się szyderczo, tak, by mogła to zauważyć.<br>
On także, przechodząc obok niej, szturchnął ją z całej siły. Upadła na piach. Z rozbitego kolana sączyła się cienka strużka krwi. Syknęła, zaciskając zęby.<br>
- Mazgaj! – krzyknął i wysunął rękę, w której trzymał wstążkę. – Masz tu swoją kokardę, no masz, weź ją! – krzyknął, pochyliwszy się nad nią.<br>
Dziewczynka wstała, otrzepując pył z ubrania. Łzy wyrzeźbiły na jej czerwonych policzkach nierówne jasne ślady. Otarła je wierzchem dłoni. Pociągnęła nosem. <br>
- Potraficie się tylko mazać, a jak co, to nie umiecie nawet dobrze uderzyć, głupie dziewczyny… – zawyrokował chłopiec. – Weź tą swoją kokardkę, głupia… – zrobił jeden krok w jej kierunku. Otworzył dłoń. Porwana wiatrem wstążka, spadła na ziemię.<br>
Dziewczynka odwróciła się do niego plecami. Pochlipując cicho pod nosem, zaczęła uciekać.

***

Przeszedł zamaszystym krokiem przez salę i stanął na wprost ławy oskarżonych. Spojrzał po twarzach kobiet, ale nie zauważył żadnej reakcji. Major Cranfield sięgnął do teczki i wyjął pojedynczą kartkę. Uniósł ją wyżej, wodząc w skupieniu oczami po tekście. Siedzący poniżej obrońcy, notowali coś skrupulatnie, pochyleni nad stosem akt. Niewzruszone twarze sędziów, zdawały się wyczekiwać dalszego rozwoju sytuacji.<br>
W zatłoczonym pomieszczeniu niski głos Cranfielda był doskonale słyszany, nawet w najbardziej oddalonej części sali.<br>
- Kiedy wróciła do domu w 1943 roku, czy wtedy ojciec ją uderzył? – zerknął na nią zza kartki, unosząc w górę swój mocno zarysowany podbródek. Przez moment przytrzymał jej wzrok na sobie.<br>
- Nie widziałam tego, ale… - ścisnęła dłonie na materiale spódnicy. – …wiem, że nie chciał jej słuchać bo wstąpiła do SS.<br>
Major przytaknął głową. Założył ręce z tyłu i przeszedł na środek sali. Był wysokim mężczyzną, gdy mówił oczy zebranych patrzyły nieprzerwanie w jego kierunku.<br>
- Więc zabronił jej pokazywać się w domu, czy tak było? – odwrócił się energicznie na pięcie.<br>
- Nie wiem. Nigdy już nie wróciła do domu.<br>
- A może było tak, że powiedziała tobie, co robiła w Ravensbrück? – wrócił do niej i ponownie oparł dłonie na blacie pulpitu. Jednym palcem postukał w lakierowaną powierzchnię drewna. <br>
- Nie wiem, dlaczego tak było...- uciekła wzrokiem w bok. - … dlaczego nie wróciła…<br>
- Miałaś wtedy szesnaście lat… I nigdy nie pytałaś swojej siostry, co robiła w obozie koncentracyjnym, a ona nigdy ci tego sama nie powiedziała? – szybkim ruchem oderwał dłonie od pulpitu i położył je na biodrach. Brwi uniosły się w górę wyrażając szczere zdziwienie.
Przełknęła ślinę. Wzięła głębszy oddech. Oczy Cranfielda nieruchomo utkwione były w jej twarzy. <br>
- Powiedziała nam, że nadzorowała więźniów podczas pracy na terenie obozu i była odpowiedzialna za pilnowanie, by dobrze wykonywali swoją pracę oraz żeby nie uciekli – zamyśliła się. - Zapytaliśmy ją: „Co więźniowie dostają do jedzenia, za co zostali wysłani do obozu koncentracyjnego?” Ale ona odpowiedziała, że rozmowa na temat więźniów jest zabroniona i że nie wie, jaki rodzaj żywności otrzymują – przyłożyła dłoń do skroni. – Tata zawsze był temu przeciwny… Bardzo chciałyśmy należeć do Bund Deutscher Mädel, wszyscy wtedy chcieli… Tata nam zabronił, ale go nie posłuchała… - jej głos był ledwo słyszany.<br>
- Kto…? – zapytał. - Kto nie posłuchał? – Major Cranfield zmarszczył czoło.

Popatrzyła na nią z ukosa. Bała się otwarcie spojrzeć, mrużyła powieki. Kiedy dosłyszała ponowny szmer zbyt gwałtownie nabieranego powietrza, odważyła się odwrócić głowę w tamtą stronę. <br>
Ten jeden raz. <br>
Przed sobą widziała doskonale skrojony mundur przesłuchującego ją Cranfielda, ze lśniącymi guzikami odbijającymi światło. W dłoni trzymał pojedynczą kartkę, lekko nią potrząsał, bez trudu rozpoznała znajomy charakter pisma. Trochę dalej była pusta przestrzeń, w tyle zaś ława prokuratorska, za nią miejsca dla reporterów, dwa rzędy długich ław teraz zapełnione były aż po same brzegi. Przyjdzie jeszcze dzień, w którym miejsca te będą puste. Przeniosła wzrok bardziej na prawo. Długi stół z lampami. Przy nim ludzie w mundurach, to obrońcy oskarżonych. Wodząc po ich twarzach, zauważyła, że któryś z nich ziewnął, ktoś inny obracał w palcach pióro, byli też tacy, co wciąż patrzyli z niemniejszym zainteresowaniem, niż wtedy gdy zasiadała za pulpitem dla świadków. Ale nawet w ich twarzach mogła wyczytać znużenie wielogodzinnym przesłuchaniem. <br>Wzrok szedł dalej, napotkał stolik protokolantki. Młoda urzędniczka stukała na maszynie, kończąc zapis jej wspomnień. Ignorowała wszystko dookoła, skupiając się na dokładnym spisaniu relacji z dzisiejszych zeznań.
Spojrzała nieco wyżej. Widziała już tylko białe obudowanie ławy oskarżonych. Siedzący pod nią żołnierze odwrócili się, zadzierając głowy w górę, podążając za jej wzrokiem.
Również i oni słyszeli narastające łkanie, dobiegające zza ich pleców. Nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Ona też nie wiedziała, jak ma zareagować. Wszyscy, jakby za namową wstrzymali oddech.<br>
Na sali zaległa głucha cisza.<br>
Zobaczyła siostrę. <br>
Jej twarz płonęła. Oczy szeroko otwarte, błyszczały szaleńczo. Klatka piersiowa wznosiła się coraz szybciej górę i w dół. Ramiona dygotały. Monotonne szlochy nie ustawały, kobiety siedzące najbliżej, mogły stwierdzić, że nawet się nasiliły. Wargi wykrzywiły się w grymasie, drżący podbródek mógł wzbudzać współczucie. Przyłożyła dłoń do ust, zacisnęła powieki. Po policzkach spłynęły pierwsze łzy. Zbyt długo tłumione emocje, w końcu wybuchły.<br>
Bestia zapłakała.<br>
Nie było na sali nikogo, kto w tamtej chwili nie patrzyłby się w ich stronę. Nawet ci, którzy odczuwali zmęczenie, teraz na nowo rozbudzili się, wykazując chęć do dalszych przesłuchań. Odwracali się z niedowierzaniem, wyciągali w górę szyje, chcąc lepiej rozeznać się w sytuacji. Tymczasem atmosfera na sali stawała się nie do zniesienia. <br>
Ona też pozwoliła sobie na okazanie słabości. A przecież była pewna, że wytrwa. Ostatnim wysiłkiem stłumiła łzy drapiące ją w gardło. Nieśmiało wyciągnęła rękę w kierunku ławy oskarżonych. Palec wskazujący balansował w na granicy białego materiału z czarnym numerem. Czuła nieznośny ciężar swojej własnej dłoni.<br>
Protokolantka przerwała pisanie. Spojrzała w stronę pulpitu, potem odwróciła głowę w przeciwną stronę. Także Major Cranfield odwrócił się do miejsca, w którym siedziała oskarżona i na które wskazywał lekko drżący palec zeznającej.<br>
Jej głos był cichy, łamiący się. <br>
- Moja siostra… Irma Grese… Numer dziewiąty…


#8 ŚPIEW W CELI ŚMIERCI

Odsunął zasuwę zakratowanego otworu i poświecił latarką w głąb celi. Nie dojrzał niczego niepokojącego. Skazana nadal siedziała na sienniku, wsparta o ścianę i patrzyła przed siebie. Otworzył drzwi i wycofał się do tyłu, ustępując miejsca stojącemu z boku wysokiemu człowiekowi w mundurze. Mężczyzna odbezpieczył karabin i wycelował go na wprost ciemnego prostokąta, stanowiącego wejście do celi. Postąpił parę kroków na przód. Przechylił swoje dobrze zbudowane ciało przez próg, a mrok ziejący z głębi wnętrza zalał całkowicie jego twarz. Rozłożyste plecy Brytyjczyka idealnie wpasowały się w ramy prostokąta. Strażnikowi przez moment wydawało się, że po drugiej stronie nie ma nikogo, a słowa żołnierza odbijają się echem od pustych ścian celi. Wyciągnął szyję, chcąc dojrzeć, co dzieje się wewnątrz ciemnego pomieszczenia. Po chwili w rozwartych na oścież drzwiach zamajaczył niewyraźny kontur kobiecej twarzy. Nie mógł ocenić, w jakim była wieku, gdyż w nikłym świetle sufitowych lamp, twarz skazanej miała barwę szarości. Kobieta najwyraźniej o coś prosiła, żołnierz przywołał strażnika skinieniem ręki. Podszedł więc bliżej i wysłuchał jej słów. Kiedy skończyła mówić, wycofała się na powrót w głąb celi.<br>
- Co powiedziała? – Brytyjczyk w mundurze opuścił w dół karabin.<br>
- Zdaje się, że chce coś napisać. Prosiła o kartkę i ołówek – Strażnik zamknął drzwi i dwukrotnie przekręcił klucz w zamku. <br>
Żołnierz odchrząknął i przetarł dłonią czoło.<br>
- Zgoda – burknął. – Proszę przynieść to, o co prosiła… <br> <br>

Na zewnątrz było jeszcze widno, ale od wschodu nadciągał już zmrok. Grudniowe dni były krótkie i posępne, mimo to, świat poza więziennymi murami wydawał mu się piękny. Znacznie piękniejszy od tego, w którym on sam przebywał od kilku lat i zdążył przywyknąć do jego surowych warunków. Ciemność była dla niego sprzymierzeńcem, nauczył się w niej żyć. Do wąskich, korytarzy nigdy nie docierało dzienne światło, a teraz, gdy kolejni skazani czekali na wykonanie wyroków, więzienie znów przybrało dawne, ponure oblicze. <br>
Paul lubił swoją pracę. Odkąd po raz pierwszy przekroczył próg więzienia i zdobył posadę strażnika, nigdy nie narzekał na niedogodności. Jednak Paul był powszechnie uważany za dziwaka. Małomówny, raczej pogrążony we własnych myślach, rzadko kiedy wychodził na miasto. Nikt dokładnie nie wiedział, gdzie przebywał, kiedy wybuchła wojna. Podobno już na drugi rok wrócił do rodzinnego miasta Hameln, ale był jakiś inny, odmieniony, nieswój. <br>
Teraz szedł wolno, powłócząc nogami, patrzył na boki, obserwował. Oczy szczypały, nieprzywykłe do intensywnego światła, więc przecierał je zaciśniętymi pięściami i co chwila mrugał. Sennymi uliczkami chodzili ludzie, opatuleni w futra i kożuchy. Drobne, śniegowe płatki wirowały w powietrzu. <br>
Paul spuścił głowę. Kiwała mu się teraz w górę i w dół, kiedy niezdarnie próbował stawiać kroki, wymijając kałuże. Topniejący śnieg oblepił mu podeszwy butów. Zerknął w bok. Sklepowe witryny przypominały o nadchodzących świętach. Wszechobecny ruch wprawiał go w zakłopotanie, na co dzień wsłuchiwał się w ciszę więziennych korytarzy, odgłosy miasta zawsze tłumione były przez grube mury. Kiedy szedł ulicami, otaczały go zewsząd, wydawały mu się czymś obcym i nienaturalnym.<br>
Bez trudu odnalazł ulicę napisaną na kopercie. Obiecał jej, że osobiście zaniesie list pod wskazany adres. Obrócił kopertę na drugą stronę, spojrzał z zaciekawieniem, przybliżając ją do oczu. W miejscu nadawcy widniały jedynie inicjały. List przeleżał w szufladzie biurka cały dzień i Paul mógłby całkowicie o nim zapomnieć, gdyby kolejny raz nie przeszedł obok jej celi. Zresztą sama go poprosiła o doręczenie, a Paul zwykł iść na rękę skazańcom. Prosili go o różne rzeczy, a jeśli on sam mógł coś dla nich zrobić, robił to. Ale nigdy nie został poproszony o przekazanie listu, dlatego zgodził się też i na to.
<br><br>
Po spacerze ruchliwymi ulicami, każdy powrót do miejsca pracy wydawał mu się błogosławieństwem. Zatrzymał się przed więzienną bramą. Spojrzał na kute w żelazie drzwi i wyciągnął drżącą ręką dokumenty. Z budki, stojącej przy bramie wyszedł brytyjski strażnik. Zerknąwszy na podane papiery, kiwnął głową.<br>
Przedsionek więzienia pogrążony był w ciemności. Na dworze zapadł wieczór. Paul przeszedł całą jego długość pod łukowato wygiętym sufitem, za nim zatrzasnęła się brama, słyszał jeszcze chrzęst rygla. Przez chwilę wsłuchiwał się w szelest własnych kroków na wyłożonej kostką uliczce prowadzącej na obszerny więzienny dziedziniec. U wylotu przystanął, opierając dłoń na zimnej ścianie. Spojrzał nieśmiało w czerń nieba, na którym migotały opadające płatki śniegu. Targnęło nim nagłe wspomnienie. Kiedyś nie bał się przywoływać w pamięci minionych dni, teraz ilekroć widział obrazy z przeszłości, uciekał od nich w mrok więziennych korytarzy. <br>
Na wprost miejsca, w którym przystanął, tuż pod murami, grypa mężczyzn pochylała się nad zwałem usypanej ziemi. Paul zauważył maleńkie czerwone światełka zapalonych papierosów. Słyszał też przytłumione rozmowy, nie mógł jednak rozróżnić słów. Przyglądał się całej sytuacji w milczeniu, odgłos przesypywanej ziemi przyprawił go o kolejny wstrząs. Pomimo mrozu, na czole strażnika pojawiło się kilka kropel potu. <br>
Otarł je. Bez słowa skierował się do najbliżej stojącego budynku, w którym mieszkał.<br>
Znów mógł być sobą.<br><br>

W korytarzu było ciemniej i ciszej niż zazwyczaj, a może tylko tak mu się zdawało. Paul wpatrywał się w pustkę przed sobą. Podobnie wyglądało jego minione życie. Ciemny tunel z zamkniętymi drzwiami, których już nigdy nie otworzy. Widział siebie samego, idącego po omacku, szukającego wyjścia. Po kolei sprawdzał każde drzwi, jednak wszystkie były zaryglowane. Poczuł przenikliwy chłód, pierwszy raz od dłuższego czasu, więzienie wydało mu się zimne i nieprzyjazne. Nie mógł patrzeć na ściany pomalowane szarą farbą, w niektórych miejscach zaczynała już powoli odpadać wraz z tynkiem. Nigdy nie zwracał na to zbytniej uwagi, czemu więc teraz?<br>
Starał się sprawnie wymijać żołnierzy w brytyjskich mundurach, którzy najwyraźniej byli czymś bardzo zaabsorbowani. Szedł dalej, pogrążony w myślach. Nie chciał nikomu zawadzać. Wszedł do części budynku przeznaczonej na pokoje służbowe dla personelu strażniczego. Spojrzał z przyzwyczajenia na grafik dyżurów wiszący na prawo od drzwi. Wtedy też uzmysłowił sobie, że właśnie dziś wypada jego nocna zmiana.<br>
Paul skrzywił się.<br>
Wciągnął głęboko powietrze i opadł na krzesło. <br>
Mężczyzna siedzący za biurkiem zapalił papierosa. Pokój wypełnił dławiący zapach dymu.<br>
- Mamy tu dzisiaj niezłe zamieszanie – odezwał się palacz – A ty gdzieś się szwędał tyle czasu? – zerknął spode łba posyłając Paulowi przenikliwe spojrzenie. <br>
Jednak Paul milczał. <br>
Szmery dochodzące zza drzwi wzmogły się. Natrętne stukanie wojskowych obcasów przybliżało się i oddalało. Gdzieś z drugiego końca korytarza odezwały się czyjeś podniesione głosy.<br>
- Co nic nie mówisz? – mężczyzna zgasił niedopalonego papierosa – Byłeś na mieście? Nie chcesz mówić, to nie mów. Szkoda, że nie widziałeś, jak ich ważyli… - mężczyzna odsłonił przyżółkłe zęby i opierając się o blat biurka, wstał ociężale.<br>
- Kogo? – Paul uniósł głowę, podążając wzrokiem za rozmówcą. – Kogo ważyli?<br>
- Tych skazanych – mężczyzna machnął z rezygnacją ręką.<br>
- A po co ważyć? Nigdy nie ważyli… - słowa Paula uleciały w próżnię. Mężczyzna zdjął z wieszaka wysłużoną marynarkę, po czym wyszedł z pokoju zostawiając Paula samego z pytaniami, na które nie otrzymał odpowiedzi.<br>
Podszedł do okna i uchylił lufcik. Po chwili do środka wpadło zimne powietrze. Paul doskonale słyszał nieustające szuranie dobiegające z dziedzińca. Odgłos usypywanej ziemi nasilił się w jego głowie. Udało mu się wyrwać natrętnym myślom, odgonił je od siebie jak najdalej. Dysząc ciężko, wstał, sięgnął po pęk kluczy i służbową, ciężką latarkę. Wtedy też poczuł prawdziwy strach przed tym, co było mu doskonale znane. Tak samo, jak wówczas i tym razem, nie mógł nikomu z nich pomóc. <br>
Zamknąwszy za sobą drzwi, zniknął w ciemności korytarza.

Dwudziesta trzecia czterdzieści.<br>
Postukał paznokciem w szkiełko zegarka i zgasił latarkę. Przeszedł wzdłuż korytarza zerkając na drzwi cel. Czasami słychać było westchnienia dochodzące z drugiej strony. Usiadł i odchylił się do tyłu na oparcie krzesła. Sufitowe lampy brzęczały cicho.<br>
Przymknął oczy.<br>
Z początku nie wiedział, gdzie jest. <br>
Przeszył go dreszcz zimna. <br>
Ktoś krzyczał.<br>
Rozmazane kontury postaci przybliżyły się do niego. Z wolna nabierały właściwych sobie kształtów i Paul mógł teraz rozróżnić poszczególne osoby. Widział ludzi. Niektórych znał, kojarzył twarze. Dlaczego przyszli aż tutaj? Czego od niego chcą? Znaleźli go, po tylu latach. Przecież był ostrożny, a teraz jest już za późno. Czemu wciąż czuł niepokój? <br>
Znowu tam był. <br>
Mroźny dzień. Śnieg odbija promienie słońca, drażni oczy. Idą w milczeniu, patrzą na niego, on odwraca od nich twarz. Proszą o coś, on milczy. Trwa to w nieskończoność. A przecież, gdyby tylko zechciał spojrzeć w ich stronę, zobaczyłby ją wcześniej, jak idzie wolno, wraz z pozostałymi, trzymając starszą kobietę za rękę. Przyciska do siebie coś, co wygląda jak małe pudełko.<br>
Dokąd idą? <br>
Nie pamiętał dokładnie, obrazy same przesuwały się w jego głowie, nie miał nad nimi żadnej kontroli. Chciał je zatrzymać, ale niewidzialna siła pchała je naprzód. Już nie idą, stoją w miejscu, na jakiejś łące, pokrytej warstwą śniegu. W dali ciemny pas lasu odcina się na tle nieba. Jak się tu znaleźli, on i ci wszyscy ludzie? I ten znajomy szmer, z początku cichy, potem coraz wyraźniejszy, wdzierający się w umysł. Obraz znów się zmienia. Ludzie zgięci w pół, kopią ziemię. Dźwięk jaki wydobywa się w momencie zetknięcia ostrzy kilofów ze zmarzniętą ziemią, jest dla niego największą torturą, dlatego znów się odwraca, chce odejść, byle dalej. Zaciska zęby, tępy ból rozsadza mu czaszkę. Zakrywa twarz dłońmi, rozciera pulsujące skronie i dopiero wtedy słyszy cichą melodię. <br>
Była tam dziewczynka, miała pozytywkę. Stała z boku, jak on. Obserwowała ludzi kopiących ziemię i tak samo jak on, nie rozumiała, dlaczego się tu znalazła. Patrzyła na niego ciemnymi oczami, których spojrzenie prześladować go będzie przez kolejne lata. Ale wtedy jeszcze o tym nie wie, dlatego próbuje odnaleźć w tym spojrzeniu odpowiedzi na dręczące go pytania. I nagle chwyta go lęk. Obrazy zaczynają blednąć, dziewczynka niknie w śnieżnej bieli, chce ją o coś zapytać, chce dowiedzieć się o niej czegoś więcej.<br>
Mocne szarpnięcie. <br>
Ogarnia go strach, jakieś niedobre przeczucie. <br>
Otwiera usta. Zaczyna poruszać wargami, obraz blednie i nie widzi już nic poza niewyraźnymi kształtami, postacie odeszły, a dźwięki ucichły poza tym jednym, który wciąż słyszy zza ściany białej mgły.

Wstrzymał oddech.<br>
Jego oczy rozwarły się ujrzawszy ciemną nicość.<br>
Zorientował się, że drży.<br>
Nadsłuchiwał.<br>
Dźwięk był słaby, ledwo słyszalny, ale Paul wiedział, że jest bardziej realny niż kiedykolwiek. Sen nie odszedł. Może jeszcze nie w pełni się przebudził? Czemu melodia tak bardzo go zaniepokoiła? Był przyzwyczajony do różnych więziennych odgłosów, znał je dobrze, nauczył się je rozróżniać. Minęło trochę czasu, zanim uświadomił sobie, że melodia z pozytywki wciąż rozbrzmiewa w ciemnym korytarzu. Trudno było mu stwierdzić, skąd dochodzi do jego uszu. <br>
Spróbował zachować spokój, ale gdzieś w środku, narastało w nim napięcie.<br>
Kiedy wstał, zakręciło mu się w głowie. Dźwięk pozytywki otoczył go ze wszystkich stron. Przeszedł parę kroków i zachwiał się. Wyciągnął przed siebie ręce. Melodia nie cichła, podążał w jej kierunku całkiem otępiały. To przecież niemożliwe, powtarzał sobie w myślach. Sunął więc dalej, prawie nie odrywając stóp od ziemi. Dźwięk, jak przeczuwał, nasilił się.
Serce biło mu szybciej niż zazwyczaj. Z trudem doszedł do ściany i oparł się o nią oburącz.
To na pewno nie był sen, nie mógł się mylić, melodia wydobywała się zza drzwi jednej z cel. Wzrok strażnika zdążył już przyzwyczaić się do ciemności. Niecałe trzy metry od siebie zobaczył metalowe drzwi z zasuwą zakrywającą małe, zakratowane okienko. Podszedł bliżej. Jedną dłoń mocno przycisnął do ust, bojąc się zagłuszyć własnym oddechem melodię. <br>
Krok za krokiem. <br>
Był już niecały metr od celu. Chwilę później stał przed drzwiami. Przycisnął instynktownie ucho do metalowej zasuwy. W tym miejscu dźwięk był najwyraźniejszy. <br>
Zamknął oczy.<br>
Dziewczynka wciąż trzymała to samo pudełko, jak najcenniejszy skarb. Przekręciła kluczyk, sprężyna wydała cichy zgrzyt. Z uchylonego wieka pozytywki, wydobyła się na nowo znana mu melodia. Kolejne obrazy migotały przed jego oczami. Widział siebie w mundurze. On też trzymał coś w ręku. Spojrzał w dół z niedowierzaniem. To musiało być tylko przewidzenie. Zacisnął dłoń na karabinie. Znał jego ciężar. Potem widział jak ludzie kolejno osuwają się w dół. Jakby ktoś podcinał im nogi. Nikt już nie krzyczał. Stał jeszcze przez chwilę i patrzył na czerwone plamy wsiąkające w śnieg. Ona też patrzyła, kiedy naciskał spust. Odwróciła się w jego stronę, i zanim zdążył zareagować, przekręciła ponownie kluczyk.<br>
Zaczęło brakować mu powietrza.<br>
Obraz zmienił się. <br>
Znów był sam. Spojrzał przed siebie, dziewczynka zniknęła. Tylko brunatna plama na śniegu, świadczyła o tym, że przed chwilą jeszcze tu była. Pozytywka, którą wypuściła z rąk, potoczyła się po ziemi. Coś w środku mechanizmu brzęknęło, melodia urwała się. <br><br>

Odchylił zasuwę i zaświecił latarką do wnętrza celi. I tym razem wszystko było w porządku. Skazana siedziała pod ścianą i patrzyła w stronę okna. Zauważywszy światło, przerwała śpiew i odwróciła głowę w stronę wejścia. Przez chwilę miał wrażenie, że uśmiecha się do niego. Stał w bezruchu i obserwował ją, a potem wolno poszedł dalej, w głąb korytarza.


Ostatnio zmieniony przez ssaufseherin dnia Pią: 21 Maj 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią: 21 Maj 2010    Temat postu: Zanim umrzesz... /9 historii o Irmie Grese/

#9 DOBRY KAT

Zapadnia otworzyła się. Dwaj mężczyźni patrzyli jak naprężona lina kołysze się miarowo, wydając ciche trzeszczenie. Młodszy z nich drgnął zaskoczony. Podszedł do krawędzi wyznaczonej przez prostokątny otwór i spojrzał w dół, gdzie koniec sznura całkowicie niknął w ciemności. Zmrużył oczy, ale niczego nie dojrzał. Zerknął na starszego, stojącego tuż obok. Jego twarz wyrażała napięcie. Mężczyzna o masywnej budowie ciała, wyjął z kieszeni spodni chustkę i przetarł nią spocone czoło.<br>
- Czy to wszystko? – zapytał asystent. Przytrzymał ręką linę, aż ta nie przestała się kołysać.<br>
- Tak… tak to właśnie wygląda… - kat sięgnął do podręcznego notesu i naniósł niezbędne poprawki.<br>
Postukał ołówkiem w skórzaną obwolutę i skierował wzrok na towarzysza.<br>
- Było powyżej siedmiu, prawda? – zapytał.<br>
- Tak jest – młodszy mężczyzna przytaknął głową.<br>
- Więc trzeba wydłużyć do ośmiu, sznur jest za krótki.<br>
Obydwaj przechylili się nad zapadnią. <br>
- Zdecydowanie za krótki… - powtórzył kat i ponownie otworzył notatnik, pośpiesznie zapisując własne spostrzeżenia. Na jego czole ponownie pojawiły się małe krople potu.<br>
Młodszy mężczyzna wyjął papierosa i włożył do ust. <br>
- Dużo o tym czytałem… – powiedział zapalając ogień. – …ale nigdy nie przypuszczałem, że praca jest aż tak ciężka – westchnął.<br>
- Racja, to z pewnością nie jest łatwa praca – stwierdził kat posyłając młodemu człowiekowi stanowcze spojrzenie. – Jesteśmy tu po to, żeby ją dobrze wykonać. Tego od nas wymagają.<br>
Zamknął notatnik i sięgnął do kieszeni po zmiętą chustkę.<br>
- Dla pewności zróbmy jeszcze jedną próbę… - powiedział, schodząc ociężale po schodkach.
<br><br>

Gdy po raz drugi okręcał jej nadgarstki rzemieniem, wydawało mu się, że coś do niego powiedziała. Na moment zawahał się, lecz zaraz powrócił do przerwanej czynności i mocniej zacisnął supeł. Był pewny, że węzeł wytrzyma. Przechodząc obok niej, odruchowo odwrócił wzrok w drugą stronę i jakby od niechcenia powiedział zniżonym głosem, wprost w ciemną przestrzeń więziennego korytarza: <br>
- Idź za mną – nie oglądając się za siebie ruszył wolnym krokiem.<br>
Może było to tylko ciche westchnienie, jakim skazaniec obdarowuje swojego kata? Gdzieś między szuraniem butów po betonowej posadce, stukotem wojskowych obcasów, słyszał jak idąca za nim skazana z trudem próbuje wyrównać oddech. Z pewnością tak właśnie było. Tych westchnień słyszał już wiele, zawsze wtedy, gdy stawał przed drzwiami cel i zabierał ich w ostatnią drogę.<br>
Jednej tylko rzeczy nie mógł zrozumieć i sam był nawet tym zaskoczony. Zawsze spotykał się z oporem skazanych, był na to przygotowany. Teraz było inaczej, procedura odbędzie się bez dodatkowych komplikacji, a pracę ukończy przed planowym czasem. Sięgnął do marynarki i wysunął z kieszeni mały zegarek, który zwykł nosić na łańcuszku. <br>
Dochodziła godzina dziewiąta. <br>
Nie zwalniając kroku, przemierzył całą długość korytarza, na końcu którego znajdowały się wąskie metalowe drzwi. Przystanął. Kilka ciemnych sylwetek zatrzymało się tuż za jego plecami. Czekając, aż więzienny strażnik upora się z zamkiem, zerknął przez ramię w jej stronę. Skazana nie okazywała żadnych emocji. Dopiero, kiedy blady snop światła wpadł przez rozchylone drzwi, zauważył, że kobieta nieprzerwanie patrzy w dół, co pewien czas przymykając powieki. Na znak oficera, wszedł jako pierwszy do środka niewielkiego pomieszczenia, które od ostatnich dwóch dni stanowiło jego miejsce pracy. Lampa zawieszona u sufitu rzucała mdłe światło, odsłaniając zmęczoną twarz kata. <br>
Przez drugie wejście, umiejscowione po przeciwnej stronie, weszło kilku mężczyzn w mundurach, spojrzeli w jego stronę, by zaraz potem przenieść ciekawskie spojrzenia na idącą za nim młodą kobietę. Więzienny strażnik stanął w drzwiach zakładając z tyłu ręce, w których trzymał pęk służbowych kluczy.<br>
W pomieszczeniu zapadła całkowita cisza. Kilkanaście par oczu bacznie śledziło każdy jego ruch. Kat wyjął z kieszeni kawałek kredy i nakreślił na środku zapadni biały kontur kwadratu.<br>
Skazana stanęła na wyznaczonym przez niego miejscu i czekała, aż on zarzuci jej worek na głowę i zaciśnie pętlę wokół szyi. Zanim umarła, uśmiechnęła się do niego.<br>
Tak, jak obiecał, wykonał pracę rzetelnie. Czynił to niezmiennie od wielu lat. Tylko on mógł rozróżnić charakterystycznych chrzęst łamanych kręgów.<br>
- Kolejna egzekucja za pół godziny - powiedział, puszczając wajchę.<br>
Opuścił szafot, mierząc wzrokiem pobladłe oblicze asystenta. Zgromadzeni w pomieszczeniu rozmawiali ze sobą przyciszonym głosem. Jednak z każdą chwilą szmery narastały. Kilku mężczyzn sięgnęło po papierośnice, część z nich powoli kierowała się ku wyjściu. <br>
- Jest pan naprawdę w tym dobry… - jeden z obecnych brytyjskich oficerów zaszedł mu niespodziewanie drogę. <br>
Kat zerknął w stronę szubienicy. Asystent z pochyloną głową nadal obserwował z zainteresowaniem otwartą zapadnię. Lina wciąż drgała.<br>
- Panie Pierrepoint, to doprawdy niezwykłe, w jakich okolicznościach przyszło nam się poznać – kolejny z obecnych mężczyzn przechylił się w jego stronę, poklepując go po ramieniu.
– Pańska praca to chluba dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości – dokończył ktoś inny, wysuwając prawe przedramię w stronę Alberta.<br>
Mężczyźni parokrotnie potrząsnęli dłońmi.<br>
- Przepraszam, muszę jeszcze dopełnić wszelkich formalności… - Albert spojrzał w stronę wyjścia, przy którym stał zniecierpliwiony strażnik.<br>
- Oczywiście – oficer cofnął się do tyłu.<br>
Kat w asyście lekarza sądowego, opuścił pośpiesznie zgromadzonych. Za nimi zatrzasnęły się metalowe drzwi.<br><br>

Życie uchodziło z niej wolno, na przekór jego oczekiwaniom. Kolejne minuty wlokły się w nieskończoność. Lekarz nie odrywał stetoskopu od klatki piersiowej skazanej, nieustannie wsłuchując się w słabe szmery serca.<br>
- Nie mogę stwierdzić zgonu.- odwrócił się w stronę Alberta. <br>
Twarz kata pobladła.<br>
- Nie rozumiem. Przecież jest już po czasie! – uniósł wyżej rękę, w której trzymał kieszonkowy zegarek. Od wykonania egzekucji minęło prawie pół godziny.
<br>
- Przykro mi, co mogę na to poradzić? – lekarz wzruszył ramionami. – Trzeba czekać.<br>
- Czy to pewne? Proszę sprawdzić jeszcze raz – ponaglał kat. – Mamy dziś ruch w interesie.<br>
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z pomieszczenia, które z wyglądu przypominało piwnicę ze ścianami pomalowanymi ciemnoszarą farbą i otworem w suficie, który jednocześnie był jedynym źródłem światła. U góry, co jakiś czas pokazywała się głowa asystenta.<br>
Kiedy wrócił, zastał lekarza wyjmującego z torby szklaną strzykawkę, napełnioną do połowy bezbarwnym płynem. Albert przyłożył dłoń do skroni i rozmasował napiętą skórę.<br>
- To może rozwiązać problem…- rzekł lekarz, nie odrywając oczu od Pierrepointa.<br>
- Co ma pan na myśli? – kat zastygł w bezruchu z ręką przy czole. - Jest pan pewny, że zadziała? <br>
Lekarz przytaknął lekkim skinieniem głowy.<br>
- Tak się czasem zdarza. To nie pierwszy przypadek, dlatego tu jestem. Następni nie mogą dłużej czekać, a czasu mamy niewiele… Ona już nic nie czuje, więc co za różnica…<br>
- Proszę pozwolić… - powiedział Albert, poluzowując węzeł stryczka. - To również należy do moich obowiązków. <br>
Na schodach rozległy się czyjeś przyśpieszone kroki. Asystent otworzył drzwi ale nie wszedł do środka i tylko zatrzymał się w progu widząc, że kat trzyma ją na rękach, owiniętą szczelnie w biały materiał. <br>
- Czemu tak długo? – jęknął mężczyzna w mundurze. <br>
- Już po wszystkim – stwierdził lekarz. – Tym razem na pewno – dodał, zniżając głos i spoglądając ukradkiem na Alberta. <br><br>

Stała z pochyloną głową, jedną ręką przytrzymując kołnierz płaszcza. Pojedyncze kosmyki włosów szarpał zimny wiatr. Nieśmiałe spojrzenia kierowała na grupę osób spacerujących po dziedzińcu. Tamci też z zaciekawieniem patrzyli na nią, nikt jednak nie podszedł, choć tak bardzo tego chciała. Starszy mężczyzna z więziennej służby, który przeszedł obok niej, zbyt mocno pochłonięty był obowiązkami grabarza, by ją zauważyć. Dopiero kiedy wbił łopatę w stertę usypanej ziemi, a pierwsze skamieniałe grudy uderzyły w drewnianą obudowę trumny, poczuł na sobie jej wzrok. Przerwał pracę i skierował się ku niej.<br>
Nagle zdał sobie sprawę, że coś do niego mówiła. Wtedy poznał kim jest. <br>
- Chyba ktoś do ciebie… - rzekł, wskazując palcem na postać kobiety wyłaniającej się zza padającego śniegu.<br>
Podążyła wzrokiem do miejsca, które wskazał.<br>
- Jednak przyszłaś – powiedziała, gdy tamta bez słowa stanęła tuż obok niej.<br>
- Wszyscy dostaliśmy zawiadomienie.<br>
- Jeśli tak, to dlaczego widzę tylko ciebie? – chwyciła ją za rękaw płaszcza i potrząsnęła.<br>
- Nie zamierzam wysłuchiwać twoich mądrości. Już wystarczająco dużo powiedziałaś… - kobieta poprawiła szalik i sprawnym ruchem strzepnęła z ramion warstwę białego puchu.<br>
- Powiedziałam, bo zostałam o to poproszona! – uniosła głos.<br>
- Nie przyszło ci do głowy, by oszczędzić szczegółów dotyczących rodziny? Czy nie uważasz, że może to mieć jakieś dalsze konsekwencje dla nas? – kobieta spojrzała na odkryty grób. – Jedna z tych konsekwencji leży teraz przed nami… - dokończyła.<br>
- Jak możesz tak mówić, to nasza siostra!<br>
Mężczyzna skończył zasypywanie grobu, zarzucił na ramię łopatę i posyłając kobietom znaczące spojrzenie, oddalił się pośpiesznie.<br>
- Masz rację, to była nasza siostra… - westchnęła, nie odrywając oczu od brunatnej ziemi. – Nie widzę powodu, żeby tu dłużej być – położyła rękę na jej ramieniu. - Martwię się tylko o ciebie. Tak nie można Helene, tak nie można żyć…<br>
Cofnęła się, unikając jej dotyku.<br>
- Nic mi nie będzie, jak chcesz, to idź. Ja zostanę… - kobieta zadrżała, a z jej oczu popłynęło kilka łez. - Może kiedyś zaboli ciebie serce, tak jak mnie teraz boli…- rękawem płaszcza starła mokry ślad z policzka. <br>
Tamta nie odpowiedziała. Zarzuciła szalik na plecy, odwróciła się i odeszła.<br>
Odprowadziła ją wzrokiem do samego wyjścia. Widziała, jak podaje dokumenty brytyjskiemu strażnikowi, dopiero kiedy siostra na dobre opuściła gmach więzienia, poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Pozostała tam jeszcze długo, zapatrzona przed siebie. Dziedziniec szybko pustoszał, zaczynało zmierzchać. Wciąż wynoszono kolejne trumny.<br>
Albert stał w bramie i obserwował z daleka zebranych na dziedzińcu. Było ich niewielu.<br>
- To już ostatnia – obejrzał się za siebie, słysząc znajomy głos. – Zrobiliśmy wszystko, co do nas należało – oficer zaczął rozcierać dłonie. – Czysta robota.<br>
Zza budynku wyszło dwóch mężczyzn ciągnąc wóz z trumną. Drewniane koła zgrzytały oblepione mokrym śniegiem. Brytyjczyk stuknął obcasami i udał się na powrót do środka. Kat stał jeszcze przez jakiś czas, obserwując, jak więzienni strażnicy usypują równolegle rozstawione mogiły. Przywołał do siebie jednego z nich, który stał najbliżej. Mężczyźni wymienili ze sobą parę zdań. Gdy zapadł zmrok, a praca została ukończona, strażnik podszedł do młodej kobiety i bez słowa podał jej dokumenty oraz małe zawiniątko. <br>
Skinęła głową.<br>
- Od tamtego... - machnął ręką w stronę bramy, gdzie jeszcze przed chwilą majaczyła ciemna sylwetka rosłego mężczyzny. <br>
- Nikogo nie widzę – rzekła. – Ale dobry z niego musi być człowiek. – szepnęła, rozwijając zawiniątko, w którym znajdował się pukiel jasnych włosów.<br><br>

Wyjął z szuflady zeszyt i ułożył na blacie stołu. Położył dłoń na obwolucie i opuszkami palców przesunął po wytłoczonych w skórze inicjałach. Otworzył brulion, przerzucił kilka stronic, odnalazł tą właściwą i wziąwszy pióro, zaczął wypełniać puste kolumny. Skończył pisać. Z uwagą wpatrywał się w rzędy zgrabnie zapisanych liter. Przewrócił stronę. Jako, że była to nowa karta, wymagała naniesienia zarysu tabeli. Zaostrzył ołówek i wytyczył szerokość każdej kolumny z osobna. Odkręcił pojemnik z tuszem, zamoczył w nim stalówkę i zaczął poprawiać kontury. Poczekał, aż ciemna ciecz wsiąknie w papier i wówczas na powrót przystąpił do pisania. Dopiero kiedy wypełnił całą kolejną stronicę drobnym drukiem, mógł uważać swoją pracę za naprawdę skończoną.


***

W latach 1938-1945 na terenie Frauen-Konzetrationslager Ravensbrück przeszkolonych zostało około trzy tysiące pięćset nadzorczyń SS. Po zakończeniu II wojny światowej służba SS-Aufseherinnen w obozach koncentracyjnych została uznana jako zbrodnia przeciwko ludzkości. W trakcie procesów sądowych wydano wyroki tylko wobec nielicznej części personelu nadzorczego SS. W więzieniu Hameln w przeciągu trzech lat 1945-1948 powieszono łącznie dwustu nazistowskich zbrodniarzy, w tym dziewięć esesmanek.
Irma Grese była najmłodszą z nich.

***


Tytuł: Zanim umrzesz... 9 historii o Irmie Grese. Oparte na faktach<br>
Typ: Opowiadanie<br>
Kategoria: Historia/Wojna/Psychologia<br>
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Jozef Cugelman
Gość





PostWysłany: Śro: 03 Lis 2010    Temat postu: Zaginione akta i infiltracja prawdy

Wschodnio niemiecka STAZI oraz Radziecka KGB, skrzętnie prowadziły dokumentacje śledztw i procesów prawnych przeciwko byłym nazistom.
Chodziło głównie o nieścisłości i liczne przekroczenia kopetencji wykonawczych przez stronę zachodnią.
Materiały owe miały na celu oczernienie działalności prawnej ,,imperialistycznego zachodu,,
Wiele z tych procesów oraz ich formy wykonawczej miały charakter trybu natychmiastowego.
W póżniejszym okresie okazało się iż wiele informacji jest nie kompletnych i mijających się z rzetelną prawdą.
Tryb natychmiastowy wyroku spowodował ogromną barierę w rewizjach i kontrolach akt.
Wiele z tych procesów zostało celowo sfabrykowanych i przerysowanych jak w przypadku Irmy Grese.
Wyrok w sprawie Irmy został wykonany w 1947 a nie jak podają ,,archiwa,, ze jako w 1945.
Jej proces to w dużej mierze intryga mająca na celu zatajenie przekroczenia kompetencji prawnych, dlatego też przez wiele lat była poddana wyciszeniu.
Jej wyrok kilka krotnie zawieszano zaś podczas kolejnego zawieszenia wykonania wyroku, wymieniono personel medyczny który podczas rutynowego badania skazanej stwierdził iż skazana jest w szóstym miesiącu ciąży.
Przez długi czas Irma ukrywała fakt swej ciąży ale kiedy wyrok został wykonany, nagle odeszły jej wody płodowe i przystąpiono do natychmiastowego ratowania płodu.
Z martwej kobiety przyszła na świat dziewczynka, jednak dla dobra dziecka trafiła do rodziny zastępczej pod innym nazwiskiem.
W tej sprawie przeprowadzono ponad 70 wizji lokalnych i 15 rewizji w aktach od 1961 do 1974.
Powrót do góry
Johann



Dołączył: 18 Mar 2016
Posty: 107
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto: 05 Wrz 2017    Temat postu:

Twoje opowiadania są świetne. Robią ogromne wrażenie. Wszystkie są niezwykle plastyczne i mają ogromną dramaturgie. To doskonały materiał na film lub serial.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto: 05 Wrz 2017    Temat postu:

Zawsze lubiłam pisać. Więc cała ta historia o Irmie i ludziach z nią w jakiś sposób związanych bardzo mocno na mnie podziałała! Zaczęłam wyobrażać sobie sceny z różnych miejsc z udziałem Irmy, część z tego oparłam na faktach, a niektóre z opowiadań stworzyłam na nowo, bazując na skrawkach informacji. Rzeczywiście pomyślałam sobie o tych opowiadaniach jako o krótkich etiudach filmowych, tworzących jedną całość. W przełożeniu na język dzisiejszego kina można byłoby powiedzieć, że to serial w dziewięciu odcinkach z różnymi bohaterami, które łączy postać Irmy. W każdym odcinku jest mrok i tajemnica. I pytanie: jak się to wszystko skończy?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Johann



Dołączył: 18 Mar 2016
Posty: 107
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto: 05 Wrz 2017    Temat postu:

I to właśnie jest najuważniejsze!!!.Dobra opowieść inspirowana prawdziwą historią. Niepodpowiedzenie i tajemnica. Film mógłby mieć konstrukcje podobną do "Eroiki" Munka i pozostawiać niektóre wątki otwarte.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ssaufseherin
Administrator


Dołączył: 04 Sty 2009
Posty: 201
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto: 05 Wrz 2017    Temat postu:

W wypadku Irmy Grese jej osobisty wątek (życia) domknął się i to w bardzo konkretny sposób... Tutaj już nie ma możliwości aby snuć jakieś domysły co do jej dalszych (!) losów, chociaż i po śmierci "wędrowała" dzięki ekshumacji. Zapewne można byłoby pokazać to, jak jej osoba wpłynęła na życie tych pozostałych bohaterów - też mnie to bardzo interesowało. Przecież różne osoby o różnych pochodzeniu, wieku, sytuacji społecznej miały z nią kontakt na przestrzeni 22 lat. Dla jej własnej rodziny była kochaną córeczką (nawet w 1945 roku jej ojciec prosił ją osobiście, aby zostawiła eskortowane więźniarki i uciekła razem z cywilami przed Armią Radziecką - musiał zdawać sobie sprawę z tego, jaka przyszłość czeka Irmę); dla innych była obiektem erotycznych fascynacji, dla więźniarek była potworem, dla wymyślonego przeze mnie angielskiego dziennikarza - sposobem na otrzymanie awansu w pracy dzięki ciekawemu artykułowi o "bestiach z Belsen", dla więziennego strażnika z Hameln - przypomnieniem jego własnych wspomnień z czasów wojny, kiedy jako niemiecki żołnierz brał udział w egzekucji ludności cywilnej. A dla kata - kolejną osobą, która stawała przed nim na szafocie - zadaniem do wykonania. Co ciekawe, Pierrepoint był ostatnią osobą, jaką Irma zobaczyła w swoim życiu. Może to właśnie ten ciężar jaki spoczywał zawsze na katach wykonujących egzekucję, zaważył na tym, że Pierrepoint pod koniec życia stwierdził, że kara śmierci do niczego dobrego nie służy... Historia Irmy Grese to jednocześnie historia kilku tysięcy (!) innych ludzi, których pociągnęła ze sobą na dno. Nawet wiele lat po jej śmierci ofiary wciąż nie mogły otrząsnąć się z obozowych wspomnień.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Johann



Dołączył: 18 Mar 2016
Posty: 107
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Czw: 07 Wrz 2017    Temat postu:

Kochana córeczka- sadystyczny potwór-przedmiot erotycznych fascynacji- rozpusta- kat.
Problem kary śmierci.
To wszystko zawierają Twoje opowiadania.
Oczywiście historia Irmy jest zamknięta. Fakty z jej krótkiego życia znane.
Możliwe jest oczywiście dokonywanie różnych interpretacji, poszukiwanie motywów. Stawianie nowych pytań.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.ssaufseherin.fora.pl Strona Główna -> SS-Aufseherin 1938-1945 Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Style edur created by spleen & Programy.
Regulamin